Serbia – tu w ostatnich dniach odbyły się Paralotniowe Mistrzostwa Polski i Serbii. Dokładniej w Kopaoniku (lub jak kto woli „Kopał Koniku”). W Serbii byłem już wcześniej – kiedyś z Carlosem na jakimś zdaje się w Knjażewcu przed MP w Macedonii (w ogóle nie polataliśmy, ze względu na pogodę), za drugim razem w Kopaoniku na Paralotniowych Mistrzostwach Europy w 2014 roku. Wtedy latanie było w kratkę... teraz w zasadzie też. Nie zapałałem do tego miejsca sympatią (z wzajemnością) wówczas. Dziś – nadal nie czuję potrzeby by tam latać, mimo że rozumiem to miejsce nieco lepiej, a ostatnie dwa dni latania były zdecydowanie najlepsze, z tych jakich w Serbii przez łącznie blisko miesiąc (na przestrzenie lat) doświadczyłem. Nie jest to miejsce łatwe do latania, nie jest to miejsce komfortowe pod różnymi względami, ale czegoś nauczyć się zawsze jednak można.

Co do organizacji zawodów – zachowam umiar w opinii. Serbowie ze swojej strony mieli to całkiem nieźle zorganizowane. Tzn. działało wszystko, ale do niektórych rzeczy można się przyczepić. Ot chociażby brak listy startowej. Przez niedziałający lifetracking nie mogli wiedzieć kto poleciał, a kto nie. Potencjalnie bardzo niebezpieczna sytuacja. Kilka innych drobiazgów by się jeszcze znalazło, ale ostatecznie – było ok. Z Polskiej strony – organizował to KLiP – najwięcej zasług jest po stronie Jacka Profusa, niestety z tego też powodu można mieć do niego także pretensje. Za dużo wziął sobie na głowę. Zawody nie miały praktycznie żadnej oprawy medialnej, co dla sponsorów (i dla mnie) jest po prostu nieakceptowalne. W sieci praktycznie to wydażenie nie istniało. Ani znajomi, przyjaciele, rodzina i pozostali zainteresowani nie mogli śledzić naszych zmagań, a brak jakichkolwiek relacji ze strony organizatora po doświadczeniach poprzednich lat zostawił niesmak. Zdecydowanie – DO POPRAWKI!

Co do samego latania – w roku ubiegłym po zdobyciu na BGD CURE tytułu Paralotniowego Mistrza Polski klasy Sport, marzył mi się do kompletu tytuł w klasyfikacji generalnej – tak więc tym razem latałem na skrzdle klasy CCC – BGD DIVA. Niewiele zabrakło... ale po kolei.

14.08.2017 – pogoda nie pozwala na latanie. Konkurencja odwołana.

15.08.2017 –konkurencja pierwsza – rozpisano trasę około 65 km.

Pólnocny wiatr dyktuje warunki. Zygzak po dolinie – w zasadzie między Kopaonikiem i Golją. Start na Kokorovcu. Początek cylinder wyjściowy wokół startowiska. Dla niektórych od razu prawie gleba. Padł między innymi Chrząszczu. Ja się wykręciłem i na start czekałem na tzw. diable – czyli górze z anteną na zachód od startowiska. Pierwszy Punkt zwrotny – w dużej grupe z czołówką. Tu nie było problem. Pierwszy błąd zrobiłem na następnym punkcie zwrotnym. Zostałem przed nim zbyt długo w jakichś słabych noszeniach i w zasadzie to straciłem więcej wysokości niż zyskałem, by ostatecznie rzucić się na ten punkt zwrotny z marną szansą na to, że uda mi się wykaraskać z parteru. W zasadzie to w akcie desperacji rzuciłem się na ten punkt, bo tkwienie w zerkach przez tak długi czas i spychający wiatr nie zostawiał zbyt wielu sensownych możlwości. A może po prostu zabrakło mi cierpliwości. Po zaliczeniu punktu odlatuję na południowy wschód. Nie wiem ile miałem nad glebę, bo niestety zapomniałem sprawdzić, czy w C-Pliocie mam odpwiednią mapę topograficzną. Nie miałem (największy błąd tego dnia). Z dolinek, bez znalezienia noszenia, nie było opcji wylecieć. Miałem nadzieję jedynie dociągnąć tak daleko jak się da, po drodze, w obniżającej się dolinie, szukając dogodnego i tak daleko w kierunku trzeciego PZ wysuniętego miejsca do lądowania jak to możliwe. Na szczęście udało mi się znaleźć noszenie – solidną trójkę czy nawet czwórkę, która szybko pozowoliła mi wrócić do gry. Kilku chłopaków na słabszych glajtach próbowało pójść w moje ślady. Zrealizowali pierwszy wariant planu – lądowanie w dolinkach. W każdym razie następny punkt był blisko granicy z Kosowem, za Raszką. Po drodze doganiam kilku maruderów – w tym Waltera Wojciechowskiego i Sławka Kaczyńskiego. Po zaliczeniu punktu z odbijamy na południowy zachód – trochę w kierunku Nowego Pazaru. W zasięgu wzroku jest czołówka. Kiedy my dolatujemy w miejsce, w którym się wykręcali, oni odlatują. Grupą szukamy czegoś sensowego, ale niestety miodu nie ma. Trochę podjeżdżam do góry, ale znowu tracę cierpliwość i decyduję się szukać szczęścia gdzieś indziej – w kierunku na punkt. Wiatr naprawdę mocno się nasilił. Doleciałem na drugą stronę doliny – na półnoć od Nowego Pazaru … i utknąłem tam na trochę. Po jakimś czasie doleciał do mnie Krzysiek Schmidt. Był nade mną. Próbowaliśmy dostać się na nawietrzną wyższych górek – bezskutecznie. Trzeba było się mocno nagimnastykować, by utrzymać glajta nad głową. Szybkie rączki i nóżki były potrzebne. Byłem zresztą na tyle nisko, że znowu wybierałem sobie miejsce na lądowanie. Było bardzo nieprzyjemnie i już nawet kołatała się myśl, by dać sobie spokój. No ale udało się jednak wyjechać z parteru na jakieś 1300 metrów – wysokości było tyle, by dolecieć na górki na zachód od mety. To co chciałem zrobić wcześniej – to jest dostać się na północno-wschodnie stoki, bo wydawało mi się, że gdzieś tam jest meta – było zupełnie bez sensu. Ze względu na brak mapy i silny wiatr, zupełnie niewłaściwie odczytywałem położenie swoje względem mety. Jeszcze dalej na zachód był ostatni już punkt zwrotny. Trochę na żaglu, trochę na termice – leciałem w kierunku tego punktu. Widziałem po drodze, jak czołówka zasuwa na metę. Mi udało się dolecieć na jakiś 1 km (może 800 m) od punktu zwrotnego, gdy Zoran – Meet Director – przerwał konukrencję. W zasadzie to powód był dla mnie zrozumiały, bo powietrze było delikatnie mówiąc nieprzyjemne i z tego co mi później powiedział – wiatr był zdecydowanie silniejszy niż w prognozie i ich własnych przewidywaniach. W każdym razie zawracam i lecę na metę, by wylądować. W locie na punkt w zasadzie wszędzie zaczyna mnie nosić. No ale turbuletnie było cały czas. Nie chciałem walczyć o „złote kalesony”, więc skoro wyścig został przerwany, zdecydowałem się wracać i lądować na mecie, bo z tego miejsca zwózka była najmniej problematyczna. W każdym razie – na mecie melduje się tylko pięciu pilotów – sami Polacy, przy czym jeden z Irlandzką FAIką. Wygrywa Michał, potem jest Mario, Tomek, Bubuś i Bogdan Białka (czarny koń tych zawodów w mojej opinii – aż szkoda, że nie ma polskiej licencji FAI). Ja ostatecznie ląduję na 22 pozycji. Powrót w fajnym towarzystwie sprawił, że czas szybko i miło minął. Największym błędem tego dnia było niewłaściwe przygotowanie się do lotu. Nie sprawdziłem instrumentów. Duża część istotnych informacji była dla mnie niedostępna. WNIOSEK JEST JEDEN – CHECK AND DOUBLE CHECK!

 

16.08.2017 –Konkurencja druga - anulowana.

Znowu jedziemy na Kokorovac. Rozłożona jest trasa około 65 km. Stosunkowo prosta. Sekcja czasowa przed startowiskiem, z możliwością zrobienia jej z diabła, potem punkt w okolicy Nowego Pazaru (południowy zachód) i dalej na zachód na płaskowyż. Prognoza i rzeczywistość pokazały dostyć silny wschodni wiart. Wystartowało tylko dwóch pilotów. Jeden z nich – zawodnik. Nie wyglądało to za dobrze gdy leciał i w sumie dosyć szybko znalazł się na ziemi. Nie były to warunki dla wszystkich. Wielu pilotów by sobie poradziło, ale tak trudne warunki i blisko 150 pilotów nie napawały optymizmem i nie rokowały tego, że uda się bezpiecznie wszystkim wystartować i wykręcić. Ostatecznie decyzja była taka, by ten dzień anulować. W sumie w perspektywie piątku i soboty – decyzja była bardzo dobra.

 

17.08.2017 – Zapowiadana jest burza. Rano jeszcze idziemy do autobusu, ale w nim dowiadujemy się, że dzień jest anulowany. Burza przychodzi prawie punktualnie, według prognozy Meteoblue. GFS się tu w miarę sprawdza.

 

18.08.2017 – konkurencja trzecia.

Blisko 80 km trasy. Kombinacja pierwszego i drugiego taska. Cylidner startowy wokół Kokorovac'a. Wyjście jak poprzednio możliwe z Diabła. Dalej na zachód – robię to w czubie. Potem na południe blisko Nowego Pazaru, tu daję się trochę wyprzedzić, ale cały czas zachowuję kontakt z czołówką. Dalej na zachód-północny-zachód na płaskowyż. Po drodze ich dopadam, robię z nimi wysokość i resztę trasy robimy razem, przy czym ja nieco bardziej dbam o to by być wysoko, staram się zachować dobry kompromis między prędkością i doskonałością. Dobra linia też robi swoje. Lecimy tak do granicy płaskowyżu, skąd było jakieś 14 km do mety. Tu skanujemy zbocza by zaleźć ostatnie potrzebne noszenie. Trzeba było przenieść się nieco na północ, by w końcu znaleźć jakieś sensowne noszenie. Słabo było na początku, ale się powoli rozkręcało. Jako pierwszy decyduję się odejść – w momencie kiedy instrument pokazuje mi 10 doskonałości potrzebnej do osiągnięcia mety. Akurat wtedy były już tam chmury i leciałem przez spore noszenia. Było trochę turbulentnie, więc niestety z racji tego, że nie znałem się z DIVĄ, aż tak dobrze, trochę tego speeda odpuszczałem, tak więc Michał miał szansę na to by mnie trochę dojść. Ostatecznie – melduję się na mecie pierwszy ze średnią prędkością 37,7 km/h (póki co mój rekord). Michał jest 28 sekund za mną. Następni to Bartek, Jacek Górski, Vladimir Bacanin, Krzysiek, Bubuś, Bogdan i jak się okazuje wielu innych. Metę zalicza blisko 70 pilotów. Mimo, iż byłem pierwszy – ostatecznie dzięki Leading Points (punkty za prowadzenie) wygrywa Michał – różnicą 9 punktów.

 

19.08.2017 – konkurencja czwarta – decydujące starcie.

Mam szansę na wygranie zawodów i zdobycie tytułu Paralotniowego Mistrza Polski. Dużą szansę. Dzień wcześniej organizatorzy zapowiedzieli, że jedziemy na Jadownik. Startowisko wystawione na południowy zachód. Prognozna mówi o słabym wietrze ze wschodu. Trasa to blisko 92 km. Sporo jak na ostatni dzień. Jak zwykle – nie spieszę się ze startowaniem. Z resztą nie tylko ja. Ale w pewnym momencie robi się nerwowo. Wiatr robi psikusa i zaczyna wiać nam w plecy. Na tyle, że przeszkadza to w starcie, ale nie na tyle, by go zupełnie uniemożliwiał. Z innymi pilotami przechodzimy na wolne miejsce, kawałeczek dalej na północ. W dogodnej chwili startujemy. W tym czasie Spajk jeszcze na ziemi. Moje szanse rosną. Wielu innych także utknęło na ziemi. Zaraz po strarcie lecę w kieruku, gdzie inni się wykręcają – tam zaczyna się Rock&Roll. Trzeba było się nieźle pilnować, by wyjechać na tyle wysoko, by było bardziej komfortowo. Z bardzo małym marginesem czasu udaje mi się wykręcić na tyle wysoko, by zaliczyć cylinder startowy i pierwszy punkt zwrotny. Jestem mocno w czubie. Pierwszy punkt zaliczam może 5-ty. Dalej mamy długi lot nad Nowy Pazar. Blisko 30 km. Lecimy w grupie – Bubuś, Strażak, Chrząszku, Krzysiek, Kum, Bogdan, Janek i paru innych. Współpraca i lot od noszenia do noszenia. Przed samym Nowym Pazarem wciskam belkę do oporu i wszystkich wyprzedzam. Zaliczam punkt pierwszy. Następnie zwalniam i dalej lecimy grupą skanując powietrze. Znowu kręcimy. Noszenie nie jest jakieś super, ale chwilowo nic lepszego nie ma. Skanuję trochę w poszukiwaniu centrum. Część chłopaków, którzy są niżej odpuszczają szybciej, by szukać szczęścia gdzieś indziej. Większość uderza na zachód od Raszki. Ja decyduję się, by zostać w noszeni i spokojnie poszukać centrum. Chcę się wykręcić trochę i lecieć po optymalnej linii – nad Raszką właśnie. O czym nie wiedziałe, to to, że Bogdan zdecydował się lecieć na zachód od Raszki. Górkami wystwawionymi na wschód. Trochę drogi do nadłożenia, ale nie więcej niż dla tych, którzy lecieli w stronę startowiska. W każdym razie, ja po drodzę mam chmury, a noszenia też w zasadzie cały czas są. Dziwne jakieś, bo jak próbuję zakręcać, to je tracę, jak lecę, to cały czas prawie do góry. Na parę kilometrów przed trzecim punktem zwrotnym na diable, mam dolot do mety. Doskonałość potrzebna wg C-Pilota to 8,9. Mam zapas wysokości i zapewniony dolot na metę... dopóki nie wlecę w mocne duszenie przed diabłem. Punkt zaliczam jako pierwszy. Dupa zbita. Mam nadzieję, że po wschodniej stronie się wykręcę, lecz nic z tego. Skanuję zbocze, jadę nawet dalej na północ, tylko po to, by ostatecznie być zmuszonym do odpuszczenia i spłynięcia przez duszenia w stronę mety. W tym czasie reszta zalicza punkt na diable, z wysokością, która pozwala im zaliczyć metę przede mną. Widzę przed sobą też kilku zawodników, którzy się wykręcają w tej zawietrznej. Próbuje między innymi Chrząszczu, pod którego podlatuję. Ja nie byłem się w stanie tam wykręcić i spłukuje mnie dalej. Nisko, ze 100 metrów nad dno doliny, blisko zbocza udaje mi się znaleźć silne, popieprzone noszenie. Rock&Roll znowu, ale trzymam to za mordę i wspinam się do góry. Chrząszcz też ostatecznie spłynął walczył tam gdzie ja uprzednio. Walczę do końca i jeszcze udaje mi się jednego pilota na ostatniej prostej wyrysować. Cóż... byłem z przodu, byłem wysoko. Popełniłem błąd, bo wystarczyło zostać w noszeniu na 3 dodatkowe kółka i uderzyć na punkt w większym zapasem wysokości. Problem był też taki, że nie do końca orientowałem się, gdzie jest ostatni punkt zwrotny. Wydawało mi się, że jest on bliżej startowiska i plan zakładał właśnie lecenie po grani. Muszę na przyszłość lepiej planować dolot. Muszę się lepiej orientować w przestrzeni. W każdym razie, po tej konkurencji, gdy widziałem wiele glajtów na ziemi, wydawało mi się, że nie będę nawet w pierwszej 10-ce. Ostatecznie zawody zakończyłem na 8 pozycji, w klasyfikacji Polskiej byłem 5-ty. W myślach przez chwilę byłem pierwszy. Fajnie by było, lecz nie tym razem.

Małym pocieszeniem było to, że wraz z Grupą 303 (Mariusz Kozłowski, Tomek Janikowski, Michał Wojciechowski dodatkow ze mną i Pawłem Chrząszem) – zobyliśmy drużynowo trzecie miejsce, z naprawdę niewielką stratą punktów do drugiej drużyny – UFO – i pierwszej Żywiec AirTeam. Do drugich dzieliło nas 15 punktów. Do pierwszych 57. Co przy trzech punktujących osobach naprawdę nie stanowi dużej różnicy.

 

Mistrzostwa Polski wygrywa kolejny raz Michał Gierlach (Michał - to już ostatni raz), drugi jest Paweł Faron, trzeci - Mariusz Wiśniowski. Pierwsze miejsce wśród kobiet - jest zmiana, bo wygrywa Dominika Kasieczko. Absolutnym wymiataczem okazał się Grzegorz Fiema, który na skrzdle klasy B wygrał klasę Sport. Drużynowo, jak już pisalem - Żywiec, UFO i 303 ze mną w składzie. Wszystkim Mistrzom serdecznie gratuluję! Przy czym uwaga - w przyszłym roku będzie wam jeszcze trudniej!

 

Co istotne, DIVA dowiodła, że jest paralotnią będącą w stanie nawiązać rywalizację z Enzo 3. Enzo 2 jest wolniejsze. Enzo 3 być może też minimalnie wolniejsze. Wykręcanie się i doskonałość – są na podobnym poziomie. Jeszcze przyjdzie mój czas... mój i Divy. Niemcy na German Open w Tolminie najszybciej będą mogli się o tym przekonać. Po German Open, będzie też więcej wiadomo, jak Diva wypada na tle większej ilości nowych skrzydeł CCC, ale jestem bardzo dobrej myśli.