Jestem znów w Słowenii... właśnie pada deszcz, więc postanowiłem nadrobić nieco zaległości.

Paragliding Winter Cup

Jakiś czas temu... w tym roku rzecz jasna, konkretniej w marcu, brałem udział w zawodach Paragliding Winter Cup. Do tej pory nie wybierałem się na zawody o takiej porze roku, tym bardziej, że zazwyczaj pogoda jest kapryśna. Tym razem się udało i mieliśmy w terminie rezerwowym (przesuniętym o tydzień) 4 lotne konkurencje. Poszło mi w kratkę. Na 4 konkurencje, 2 poszły mi źle. Za bardzo się spiąłem w pierwszej. Latanie po dłuższej przerwie i szukanie swojego rytmu. Bardzo dobrze poszło mi za to w epickiej konkurencji, gdzie z Lijaka robiliśmy przelot do doliny Soczy. Konkurencja marzenie. Następna konkurencja również przez płaskowyż, niestety padłem z czołówką na 10 km, a też ciekawy lot się zapowiadał. Ostatniej konkurencji nawet za bardzo nie pamiętam. W każdym razie jak na początek sezonu - dobra rozgrzewka (mimo przejmującego zimna).

Soča Valley Open

Od paru dni jestem na zawodach w dolinie Soczy. Pogoda zmusiła organizatora do przesunięcia rozpoczęcia zawodów. Przez długi czas porządnie tu lało. Stan wody w Soczy wysoki i kolor nie taki do jakiego przywykłem - była mętno-mleczna od niesionego pyłu wapiennego. Po drodze, w południowych Niemczech i na przełęczy Predil - śnieg. Dojazd trwał dłużej niż zwykle, ale udało się rozłożyć namioty w miarę sprawnie i koło północy iść spać.

Dzień pierwszy - Lijak. Podobnie jak na Winter Cup - jestem w gronie rozkładających konkurencje. Prognoza wskazuje, że trasa nie może być zbyt długa. Bora. Okolice Ajdovšciny wyłączone z użycia, tak więc układamy z Manuelem i Adele konkurencję w najbliższej okolicy. Ciekawy task, nie za trudny, ale jak każdy - wymaga odpowiedniej pogody. Ta płata nam psikusa. Jak tylko słońce zaczyna mocniej grzać, chmury zamykają niebo. Duże opady deszczu w poprzednich dniach zostawiły sporo wody w okolicy. Były spore wątpliwości czy ta konkurencja w ogóle ruszy. Ostatecznie Meet Director - Gasper decyduje, że tak. Startujemy w małym oknie, gdzie słońce operowało na przedpolu, a niebo się nieco otworzyło. Metę ostatecznie zrobiło tylko 7 osób, wszyscy z nich (oprócz jednego) wystartowali od razu po otwarciu okna i udało im się zrobić sufit. Jeden wystartował na krótko przed zamknięciem okna startowego. Zdecydowana większość - zdaje się że 60 osób (w tym i ja) nie miała nawet szansy zrobić minimalnego dystansu 7 km. Konkurencja za maksymalnie 255 pkt. 

Następny dzień - Kobala. Prognoza mówi o wietrze ze wschodu. Rozkładamy trasę z uwzględnieniem tego faktu. 50- czy 60-kilka km. Początek ok 2km na wschód do cylindra startowego, później trochę latania przed Zmarzłym, dalej na zachód i meta w Kobaridzie. rzeczywistość pokazuje, że wiatr jest bardzo silny i z tego powodu konkurencja zostaje przerwana zanim jeszcze wyścig ruszył. Większość pilotów dowiaduje się o tym jeszcze na ziemi. Sam odpalam, latam godzinę i ląduję na Kobali by ostrzec kolegów, którzy w zawodach udziału nie biorą. Miałem nadzieję, że zjachali na dół, ale okazuje się, że jednak wystartowali i polatali. Jeden z nich nawet paczką musiał się ratować. W każdym razie - znowu odpaliłem z Kobali i do Zmarzłego i na Camp Gabrje.

Dziś prognozy już normalne. Kierunki wiatru południowe. Układamy trasę 64,7 km. Początek duży cylinder z kilkoma opcjami - albo wysokie góry i nieco dłuższa droga, alno z Kobalja Glava na Zmarzłego. Większość wybiera opcje nr 2. Kuba, który wystartował pierwszy - mając sporo czasu do rozpoczęcia wyścigu zdecdował się sprawdzić wysokie góry, ale mu to nie wypłaciło i zlądował nie zaliczając nawet cylindra startowego. Ja podjąłem wcześniej decyzję, że lecę krótszą drogą - Kobalja Glava - Zmarzły. Robię to mocno w czubie. Lecę swoje. Ze Zmarzłego trzeba zaliczyć Cycki ze sporym bo 3 km cylindrem, który opiera się o Trójkąt. Część ludzi, która dopadła mnie na Zmarzłym idzie na Trójkąt, za wybieram lot bliżej optymalnego punktu stycznego i wychodzę na tym najlepiej. Następny punkt - na południu - zaliczam jako drugi. Kusi, by przeskoczyć na te południowe stoki, ale wysokości nieco brakuje, więc powrót na Zmarzłego, bo trzeba wysokość odrobić i zaliczyć Most na Soczy z 3 km cylindrem. Potem znowu Zmarzły, podkręcam tylko gdzieś do około 1800 i sam uderzam  przez masyw Krna. Bez kręcenia robię ponad 2200 m i lecę na masyw Polovnika, przeganiając resztę, która leciała z Trójkąta. Po drodze atrakcje, m.in. w postaci fronta na pełnym speedzie. Jestem pierwszy na następnym punkcie i powrót na początek Polovnika. Trafiłem w słabą fazę i tam dopada mnie reszta. Część idzie dalej w stronę Krna, nie mogąc się szybko wykręcić. Ja zostaję i kręcę. Dołączył do mnie Mario i w bardzo mocnym noszeniu wchodzę na ponad 2000 metrów. Dalej na masyw Krna - jego zachodnią część. Mario idzie oczywiście na swoim Enzo 2 szybciej, ale ja wbijam się tak w zbocze, że nie muszę kręcić i jadę w stronę Krna w mocnej windzie. Mijam Krna i dalej wysokimi górami na Zmarzłego. Tam podkręcam przed ostatnim punktem - T02, którego cylinder wypada w niewielkiej odległości od Mostu na Soczy. C-Pilot pokazuje niedolot do mety, więc podkręcam trochę i daję się odstawić m.in. Sławkowi. W drodze mam ze 30 m na plus, lecz zaraz zrobiło się z tego 300 m na minus. 400 metrów od ostatniego cylindra zaliczam ostatnie noszenie dnia. Przez chwilę było chyba nawet dobrze ponad 2 m/s, ale presja dolatujących kolejnych zawodników dopinguje mnie do zaliczenia  cylindra. Na tym wyprzedził mnie Mario. Zaliczam cylinder, a tu niespodzianka, teraz C-Pilot pokazuje, że będę ponad 200 m na metą. Pełna bela i zaliczyć End-of-Speed i metę. Na mecie melduję się 6-ty, a dzięki punktom za prowadzenie - ostatecznie wskakuję na 4-tą pozycję. Dodatkowa satysfakcja jest taka, że udało się nam ułożyć konkurencję w sam raz dopasowaną do warunków meteo i w pełni wykorzystać potencjał dnia.

Jutro najprawdopodobniej znowu Lijak. Jak pisałem na wstępie właśnie pada, a i jutro przelotnie również w Dolinie Soczy popadać może...