Od razu na wstepie uprzedzam - będzie długo. Nie jestem w stanie zrobić z tego krótkiej relacji. Ale może ktoś z tego coś dla siebie wyciągnie i będzie w zawodach lepiej latał. 

Ubiegły rok w aspekcie paralotniowym nie był dla mnie łaskawy. Udało mi się pojechać jedynie na jedne zawody – do Feltre, a i tam się rozchorowałem. Ulubionej Słowenii nie udało mi się nawet odwiedzić, by polatać kilka dni jakieś XC.

W tym roku za nim pojawił się termin Mistrzostw Polski, zdążyłem zarejestrować się i opłacić British Open w Gemonie. Niedługo po tym podano oficjalny termin i miejsce MP. Nie pozostało nic innego jak jechać na 2 tygodnie, bo zawody wypadały jedne po drugich. Polskie były wcześniej. Brytjskie właśnie „trwają” (o ile w ogóle jakąś konkurencję uda się tam rozegrać – prognozy są fatalne).

No ale po kolei – na dwutygoniowy wyjazd zdecydował się Carlos, z którym wyruszyliśmy w piątek około południa – jak udało się pozałatwiać wszystkie sprawy … jak chociażby trywialna wymiana oleju i filtrów w samochodzie. Na miejsce dotarliśmy około 3 w nocy. Wcześniej dojechał tam Waldek i Doktor. Rozbili swe namioty w idealnym miejscu, zostawili także dla nas nieco miejsca, więc tym razem naprawdę w bardzo fajnym miejscu udało się rozbić namioty. Rano z przyjemnością skonstatowałem, że od mojego ostatniego pobytu na Campie Gabrje – dużo zmieniło się na plus. Z całą odpowiedzialnością stwierdzam, że w okolicach Kobaridu i Tolminu nie ma lepszego miejsca dla paralotniarzy. W każdym razie – do meritum – plan by dojechać na sobotę, wynikał z kilku kwesti. Po pierwsze – w sobotę była rejestracja, a w niedzielę planowana była pierwsza konkurencja, po drugie – miałem do oblatania nowe skrzydło BGD CURE (EN C), z którym jedyną wcześniejszą szansę na zapoznanie się miałem tylko na lotnisku podczas zabawy na ziemi. Dzień ten był także nam potrzebny, by się trochę wlatać. W sumie spędziłem w powietrzu jakieś 5 godzin i powolne 125 km przelotu. Polatałem z Carlosem, pociągałem go za sobą, narzucałem tempo, pokazałem mu kilka myków. Carlos zrobił też ponad 100 km. Dzień pozwolił mi także na to, by sprawdzić na ile zmienić ustawienia sterówek i speed'a, a także ustawić elektronikę we właściwy sposób.

Następnego dnia – pierwszy briefing. Zgłaszam się do Task Committee. Miejsce znam bardzo dobrze, już mi się zdarzało pracować przy rozkładaniu konkurencji. Łącznie było nas 4 pilotów – Słoweniec – Dusan Oroz, Węgier – Peter Simonics, Michał „Spajk” Gierlach no i ja. Pracowało się nam nieźle. Najczęściej udało się dosyć sprawnie rozłożyć trasę.

 

Pierwsza konkurencja 22.05.– blisko 73 km do oblecenia. Miało nie być za łatwo – sporo odlatywania na południe, ale cylindry raczej spore. Start z Kobali, Dreżnickie Ravne jako pierwszy punkt zwrotny, następnie na południe – Matajur ze sporym cylindrem sięgającym połowy doliny, następnie szczyt Kobalja Glava, potem południowy zachód w okolicach wsi Volce, Kobarid Kostnica, okolice Mostu na Soci i meta na Campingu. Okazało się, że wszystko tak pracowało, że nie było większych problemów z obleceniem trasy. Na mecie zameldowało się ok. 90 pilotów. Sam podszedłem dosyć ostrożnie do konkurencji. Zależało mi na tym, by ją oblecieć. Start zrobiłem bardzo dobrze i jako drugi pilot zameldowałem się na Zmarzłym, który był po drodze na pierwszy punkt zwrotny. Ogólnie okazało się, że CURE nie ma większych problemów by dotrzymać kroku lepszym konstrukcjom. Doleciałem na metę pierwszy w Sporcie i drugi w Serialu – zaraz po Chrząszczu na 777 King. Różnica punktów niewielka, różnica czasu także 26 sekund. Ja dostałem nieco więcej punktów za prowadzenie, ale pod koniec udało mi się nieco zniwelować stratę czasową do Chrząszcza. Na mecie byłem około 15 minut po pierwszym. CURE na pełnej beli po prostu zap.... leci szybko i nie topi za dużo. Pierwsze wrażenia są takie, jak bym na swoim ulubionym Codenie latał, z tą różnicą, że może minimalnie wolniej. Za to w krążeniu Cure wypada nieco lepiej, nie opóźnia tak zakrętu jak CODEN, jest bardziej bezpośredni. Muszę wspomnieć, że bardzo pozytywnie zaskoczył mnie też Carlos, który na mecie zameldował się 5 minut za mną i po pierwszej konkurencji był drugi w Spocie. Nauka dnia poprzedniego nie poszła w las... Nad metę – dolatuję sporo za wysoko – okazało się, że zapomniałem przestawić biegunową w C-Pilocie i liczył trasę dla jakiejś zupełnej domyśnie ustawionej dryndy.

Następne dwa dni nie były lotne, ale organizator zapewnił nam rozrwyki. Można było za rozsądne pieniądze spłynąć kajakiem po Soczy, a dzień później wybrać się do jaskini Dantego. Ja wybrałem tylko tą pierwszą opcję. Fajnie było... skąpałem się tylko trzy – czy cztery razy. Pozostały czas wykorzystany na pracę, która mnie na miejscu dopadła – tak więc na nudę nie było czasu.

 

W środę 25.05. pogoda dopisuje, jedziemy na górę. Prognoza mówi lekko uciążliwym zachodnim wietrze, ale mimo to rozkładamy punkty w pobliżu Stola. Trasa do oblecenia to łącznie ok. 64 km. Start to bardzo duży cylinder wokół Staro Selo, tak że kończył się może ze 2 km od startowiska. Dawał dużo możliwości by się ustawić w różnych miejscach. Start znowu robię bardzo dobrze – w samym czubie. Następny punkt jest ten sam, tyle, że z małym cylindrem – 400 m. Niesetety – przez swój błąd, przy odblokowywaniu ekranu C-Pilota – przełączyłem sobie na następny punkt, a drugie urządzenie – Skytraxx'a 2.0 Plus zignorowałem. Leciałem prosto na drugi cylinder – Podbela. Start – Zmarzły, Trójkąt, masyw Stola. Wiatr na Stolu nas nieźle przyblokował. Przestałem się pchać na zachód i zawróciłem by wyjechać tam, gdzie wydawało mi się, że będzie to możliwe – na początku Stola. Trochę to trwało i wykręciłem się dopiero jak do Stola doleciał na BASE mój brat Maciej, niektórzy piloci zrezygnowali z walki, niektórzy pocisnęli dalej na zachód i popadali. Nielicznym udało się wyjechać. Jak już wgrzebałem się na grań – było łatwiej. O swoim błędzie z punktami oczywiście cały czas nie wiedziałem. Podbela zaliczona, potem punkt lekko na południe od Kobaridu. Potem jadę na Trójkąt – robię trochę wysokości, zaliczam Most Pesona (obecna nazwa Mostu Volarje), Zmarzły – tu więcej wysokości i jazda na południe zaliczyć spory cylinder pomiędzy Cignij i Volce. Można było zrobić to także od startowiska, ale to dużo dłuższa droga była i mało kto się na to zdecydował. Potem zostaje zaliczyć duży cylinder na północnym zachodzie – znowu kilka dróg, dłuższa pewniejsza wysokimi górami, bo cylinder kończył się zaraz koło Krna i krótsza doliną lub Trójkątem. Ja wybieram ten ostatni. Zostaje jeszcze zdaje się Livek z dużym cylindrem – przecinającym dolinę oraz meta – tym razem oficjalne lądowisko robi za metę, ale cylindry są tak dobrane, by można było wylądować na Campingu. Pod wieczór przekonuję się, że dałem ciała z jednym punktem. Rozpaczy nie było. Zdarza się. Absolutnie moja wina. Lot nie poszedł na marne, bo znowu dowiedziałem się czegoś o swoim nowym skrzydle, a do tego sprawdziłem ustawioną na nowo krzywą biegunową i przekonałem się, że dobrałem odpowiednie wartości.

<

 

Trzecią konkurencję przyszło nam rozgrywać na Lijaku. Ponoć w dolinie Soczy był zakit i opad. Mam z nim ciągle rachunki do wyrównania – za German Open 2013, gdzie po dwóch wygranych konkurencjach – pogrzebałem swoje szanse na podium. Nauka nie poszła w las. W każdym razie – sami dojeżdżamy na lądowisko, z tego miejca organizator busami wwozi nas na górę. Na miejscu prawie od razu zabieramy się z Peterem do układania konkurencji. Michał i Dusan dołączają chwilę później. Zagadką pozostaje, które prognozy będą poprawne i czy płaskie będzie dziś działać. Kilka punktów na płaskim – w tym i cylinder startowy. Wychodzi ze 2 km na południe od startu. Początek – delikatny i nieśmiały żagiel. Potem uderzamy na płaskie. Start robię znowu idealny – wchodzę w cylinder może 1 sekundę po otwarciu. Następnie trzeba lecieć na ESE – płaskie ciągle działa. Powrót na górkę i jazda na WNW nieco na płaskowyż. Po drodze znajduję wraz z innymi noszenie i sprawnie się wykręcam. Dobra linia zabiera mnie na dobrej wysokości na punkt. Powrót nad startowisko i dalej po zboczu na punkt w pobliżu pierwszego po starcie. Dalej pod Chaven, gdzie było raczej mało ciekawie (zachodzni wiart zatrzymywał mocno) i znowu na płaskie – nad Ajdovscinę. Płaskim lecę w stronę Nanosa. Zaliczam punkt piąty i tym razem lecę na masyw Kovka. Na jego końcu przebiega granica dużego cylindra kolejnego punktu zwrotnego. Czołówka w zasięgu wzroku. Oni wlatują nieco głębiej, ja skracam drogę i znowu na płaskie. C-Pilot pokazuje ciągle niedolot do mety, a przed nią trzeba zaliczyć jeszcze jeden punkt pod masywem Nanosa i pod wiatr polecieć na metę. Nie śpieszę się zanadto. Żeglarz i Chrząszczu są przede mną. Wychodzę z założenia, że lepiej dolecieć parę sekund później, ale na pewno, niż zaliczyć bomb-out'a przed samą metą – tym bardziej, że jeszcze pewien ustawień w moim GPS'ie nie jestem., a tażke z powodu wpadki z poprzedniego dnia. Miałem dobrą linię, płaskie podbijało. Jak C-Pilot pokazał mi potrzebną doskonałość do mety rzędu 8, to swierdziłem, że pod wiatr na pełnej beli powinno wystarczyć. Doleciałem jakieś 115 m nad ziemią. Bezpieczny i nie za duży zapas wysokości. Wszystko zadziałało jak trzeba, choć zaraz po wystartowaniu i przekonaniu się o wyjątkowo niskich podstawach – zdaje się że jakieś 1300 metrów, miałem wątpliwości, czy ten task jest do oblecenia. Na mecie zameldowało się 29 pilotów. Ja jakieś 5 minut po pierwszym. Zdobywam najlepsze punkty na zawodach. Potem powrót busem na lądowisko pod Lijakiem, by po jakimś czasie wziąć swoje auto, by zgarnąć kilka osób z Ajdovsciny. Czekaliśmy na Carlosa, by pojechać do Ozeljana na jedzenie.

 

Ostatni dzień zawodów zapowiadał się przyzwoicie. Nieco spóźniony wjeżdżam na start. Chłopaki przygotowali wstępnie swoją propozycję na pierwszą część wyścigu. Drobne zmiany zasugerowane przez Karolinę i Adele, a także Petera skróciły konkurencję. Osobiście również optowałem za tym. Było jasne kto wygrał zawody i przy zastosowanej formule discarda FTV 25% jedna na 4 konkurencje całkowicie zostawała wykreślona. W czołówce nic to nie zmieniało. W każdym razie początek sekcji czasowej to 5 km cylinder wokół Camp Gabrje. Przed startem rozważałem, czy nie rzucić się w wysokie góry i z tego miejsca nie zaatakować startu i pierwszego punktu, ale dopiero rozmowa z chłopakami z drużyny, której byłem częścią – XC Junkies, przekonała mnie, że muszę jak najszybciej wystartować i lecieć na Zmarzłego, a potem w wysokie góry. Na podobny pomysł wpadł też Kuba Sto oraz Bubuś. Sławek Żydek, Peter Simonics i dwóch innych węgrów, poleciało na zachód i zaatakowało z wiatrem z Trójkąta. Ja z chłopakami przeleciałem nad Zmarzłym, zaliczyłem punkt i nadal miałem sporą przewagę wysokości. Wykorzystałem to do kontrolowania sytuacji. Znowu musiałem dolecieć. Cała reszta leciała ze wschodu. Świetny widok, jak do startu leci się z różnych kierunków, a jeszcze lepszy, jak jest się nad wszystkimi. Po starcie punktem był też Camping i byłem nad nim najwyżej. Trochę turbulentny był dolot nad Zmarzłym, ale dało się przebić. Wróciłem na Mrzli Vrh, a potem w wysokie góry. Przede mną – nisko poleciał Dusan Oroz. Ja na spokojnie. Nadal byłem na przyzwoitej pozycji. Po wysokich górach, pod Krna, a poterm pod chmurami na Polovnika i następny punkt zwrotny leżący w dolinie, mniej więcej w połowie jego długości. Potem powrót na początek Polovnika, Cycki i cylinder trzeciego punktu zwrotnego przecinający dolinę. Następnie znowu podparcie się o Zmarzłego i lot nad Tolminem w okolice Mostu na Soczy do następnego punktu zwrotnego. Dobra linia i pół belki zrobiło swoje – wysokość została bardzo komfortowa, by zaliczyć punkt nad stadionem w Tolminie i skoczyć na Zmarzłego. Wielu z rozpędu zapomniało o tym punkcie i musieli później wracać. Na Zmarzłym wysokość, potem podbicie się na Trójkącie, punkt przed Kobaridem i meta. Rzuciłem się znowu mając wysokość na minusie, ale dolina pracowała pięknie, więc problemu nie było. Z resztą – zawsze można było podeprzeć się znowu o Zmarzłego. Na mecie melduję się przed Chrząszczem i Żeglarzem i resztą mogących zagrozić mojej pozycji pilotów. Co prawda nie lądowałem od razu, a wygrzebałem się z parteru i poleciałem jeszcze raz na trójkąt – szukając brata, tak więc dodatkowa godzinka zdaje się pykła. Czas miałem przyzwoity, punkty także.

 

Ostatecznie udało mi się wygrać klasę SPORT, wygrać SERIAL i zostać Paralotniowym Mistrzem Polski w klasie Sport. Bardzo satysfacjonujące. Bardzo udany powrót po prawie roku nielatania w zawodach, bardzo udana premiera nowego skrzydła klasy SPORT – CURE od Bruce Goldsmith Design. Lepiej nie mogło być. To skrzydło jest magiczne. W klasyfikacji generalnej zawodów kończę na 16 pozycji. Wśród Polaków jestem 7-my. I to wsztstko latając na skrzdle segmentu C. Hurtowo zgarnąlem nagrody. Sponsorzy wyjątkowo chojni. Mistrzostwa Polski są coraz lepsze. Poziom polskich Pilotów również zauważalnie rośnie, ale to obserwuję od lat. Nie znam lepiej zorganizowanych zawodów.