Już w Polsce. W Słowenii, jakoś nie złożyło się, by napisać relację z ostatniej konkurencji... ale co się odwlecze, to nie uciecze...

Było bardzo blisko pudła… po dwóch dniach ciągle miałem pierwsze miejsce w generalce. Wystarczyło dolecieć do mety… zabrakło dokładnie 615 metrów.

No ale od początku. Znowu Lijak… dziwna decyzja, bo prognozy, które sprawdziłem, jasno pokazywały, że w dolinie Socy będzie mega dzień, co z resztą było widać z Lijaka. Piękne chmury piętrzyły się nad górami, na północ od Lijaka, a biorąc pod uwagę, że w nocy przeszła burza, która odświeżyła powietrze. Dziwna tym bardziej, że wszystkie prognozy pokazywały jasno, że w niedzielę nie ma najmniejszej szansy na rozegranie konkurencji. Trochę nie fajne było to, że Polenta Party trwało zdecydowanie za długo… no mogło długo, byle nie tak głośno… wyspać się nie dało, a tym razem na Lijak trzeba było stawić się godzinę wcześniej.

W każdym razie, z Lijakiem mam, choć teraz lepiej powiedzieć – miałem zawsze problem. Raz szło mi w porządku, następnym razem – fatalnie. Teraz mam już sposób na Lijak, z resztą sporo mnie te dwa ostatnie loty w tym miejscu nauczyły.

Co do samej konkurencji – w zasadzie klasyk, zygzak po płaskim przed lądowiskiem. Południe od startu, wschód z dużym cylindrem – na wysokości Chaven’a, znowu południe, tym razem z mniejszym cylindrem, następnie druga górka na zachód od statrowiska – na północ od Novej Goricy, a z tamtąd Nanos i znowu na zachód – jakieś 3 km od mety, koniec części czasowej z cylindrem 2 km, a meta 400 m.

Zrobiłem błąd już na początku… postanowiłem trzymać się grupy, która leciała najagresywniej od samego początku – Primoza i Urbana na Queen’ach i Alfredo na Boomie. Alfredo musiałem pilnować, bo miał najmniej punktów do odrobienia do mnie. Jak się okazało, nie było to dobre rozwiązanie. My polecieliśmy do gór, a ci co za nami byli, wybrali krótszą drogę – przez płaskie. To był klucz do zwycięstwa. Wydawało mi się, że powrót do gór ma więcej sensu, bo nosiło tam dobrze, i taki plan miałem już na początku, ale był to strategiczny błąd. Taktyka wzięła górę. Za późno było na to by zmienić grupę i trzeba było odrabiać stratę. Chłopaki z mojej grupy rzucili się trochę wcześniej, z nie za dużej wysokości na punkt na południu, co np. dla Alfredo okazało się błędem, bo długo z parteru się wygrzebywał. Ja zrobiłem trochę więcej wysokości i dopiero potem poleciałem na punkt. Po drodze do następnego szukałem noszenia, ostatecznie zdecydowałem się na powrót w okolice startu. Podkręcałem tylko tyle, ile trzeba było by dobrze zaliczyć ten wysunięty maksymalnie na zachód punkt i wrócić znowu na start. Oczywiście znowu posługiwałem się Skytraxx’em by robić tylko minimum wysokości. Jak założyłem, tak zrobiłem. Założyłem też, że na masywie Lijaka do samego Chaven’a nie zrobię żadnego kółka, wybiorę wszystko na żaglu. Na Chavenie – maks, potem lot na masyw Nanosa – ja robię to po prostej nad lotniskiem i Ajdovscin’ą. Odrobiłem na tym sporo czasu i na do podnóża góry dotarłem w momencie, kiedy czołówka nie zaliczyła jeszcze cylindra na Nanosie. Wjechałem tam na takiej wysokości, że znowu bez kręcenia, na żaglu. Tam też spotkałem Ramboszczaka i chwilę lecieliśmy razem. Po zaleczeniu punktu pozostał jeszcze jeden, przed ESS i metą. Trzeba było rzucić się na zachód. Jechałem na masywie, wykręcając co mocniejsze noszenia, aż pokazało mi, że zrobię metę z nadmiarem wysokości - ponad 220 metrów. Po drodze, jeszcze kilometr przed tym punktem miałem 150 metrów nadmiaru, by zaraz zrobiło się z tego ponad minus 90, do ziemi zostało mi raptem . Punkt zaliczyłem i parę metrów od cylindra udało mi się znaleźć noszenie – a byłem niespełna 60 metrów nad ziemią. Normalnie cud. Podkręciłem na tyle, że znowu byłem w grze. C-Pilot pokazywał mi, że dolecę 90 metrów nad metę. Kręciłem i spychało mnie na End-of-Speed-Section… co kółko to bliżej. Po ESS mogłem spokojnie kręcić, ale … no właśnie ale… miałem już dolecieć. Po drodze wyrosły mi drzewa… a przed nimi duszenie, które odebrało mi sporo wysokości. Topniała ona w oczach. Przelecenie nad drzewami było bardzo ryzykowne, intuicja podpowiadała mi, żeby nie ryzykować… najpewniej bym w tych drzewach został. Trochę za późno się zorientowałem… z wiatrem leciało się znacznie szybciej i czasu na decyzje było mniej. Trudniej było również dlatego, że byłem zmęczony i rozkojarzony. Trochę też odwodniony, bo w czasie tego lotu piłem zdecydowanie za mało. Trzeba zachować koncentrację do ostatniego momentu – do póki bezpiecznie nie wylądujemy.

Okazało się, że Alfredo zaliczył ESS po mnie, ostatecznie spadając z 2-go miejsca na 5-te. Wygrał trzeci – Ulrich Prinz. Ja straciłem najwięcej – skończyłem na 18-tej pozycji, ocierając się o drugie lub trzecie miejsce. Jak sytuacja była by odwrotna, tzn. skopałbym pierwszą konkurencję, a następne dwie poleciał bardzo dobrze, to byłbym zadowolony z wyniku, ale apetyt rośnie w miarę jedzenia… Sporo się przez to nauczyłem i zyskałem doświadczenie, które pozwoli mi latać jeszcze lepiej na zawodach.