Dziś znowu latanie, choć tym razem Lijak, z którym mam porachunki do wyrównania. Na Czech Open w ostatnim tasku na Lijaku właśnie spektakularnie walczyłem przez godzinę w okolicy startu … i poległem… Z tego też względu do dzisiejszego latania podszedłem nieco inaczej, stosując przez większość lotu Pesonową zasadę – „chwała na wysokości”.

W  każdym razie – od początku –  rozłożona trasa to jakieś  62 km. Prognozy to silny wiatr w wariacjach od północnego do południowego wschodu. Akurat dziś okazało się, że przez większość trasy było lepiej niż prognozy zakładały. Jedynie na koniec, jak już dawno byłem na ziemi, zaczęło wiać dość mocno z południowego zachodu. Wracając do konkurencji –zygzak pomiędzy Novą Gorizą, a Chavenem, z punktami wysuniętymi dość mocno na południe. Pierwsza część trasy – tu udało się zrobić to bardzo sensownie – akurat na krawędzie cylindra startowego była chmura, która bardzo ładnie trzymała pozwalała zmieścić się dokładnie pod limitem wysokości. Potem lot na zachód, następnie, do zbocza, w kierunku kościółka na górce parę kilometrów przed Chavenem. Po drodze robiłem wysokość na raty. Trzeba było znowu na południe uderzyć i wysokość udało się zrobić gdzieś w połowie drogi pomiędzy punktami. Kolejny punkt to górka w okolicy Novej Goricy – trochę na północ od niej. Po drodze trochę dokrętki i powrót na masyw Lijaka. Następny punkt to 4 km cylinder na południe od Chavena – styczna była ponad 5 czy 6 km od góry. Z tego miejsca trzeba było rzucić się ponad 8 km na zachód – albo po płaskim, albo wrócić do góry. Z Vitem po drodze rozważaliśmy powrót do gór. Na szczęście płaskie zadziałało dobrze i udało się wraz z czołówką punkt zaliczyć. Ja do ostatniego punktu przed metą rzuciłem się, jak urządzenie pokazywało mi chyba ze 200 metrów na minusie, ale widziałem, że po drodze się inni wykręcają. Vito trochę zmitrężył niepotrzebnie i jeszcze 5 minut kręcił nie za mocne noszenie, by być 200 nad metę. Na pełnej belce leciałem już od przed-przedostatniego punktu do mety. Udało mi się na dolocie dorwać Primoz’a i Urbana na Queen’ach, udało się też prześcignąć kilka Enzo i chyba Boomeranga. Nie wiem dokładnie, bo nie patrzyłem za siebie. Skończyło się tak, że tuż przed sekcją czasową prześcignąłem Primoz’a, który ledwo co zaliczył metę. Miał po drodze do niej małe atrakcje – jedna strona speed’a przyblokowała mu się i musiał kilka klap przyjąć. Miał metr wysokości jak zaliczył metę. Czy jestem dziś pierwszy nie wiem. Pierwszy na mecie, ale punkty za prowadzenie mogą mieć tutaj decydujące znaczenie. Z racji moich animozji z Lijakiem, poleciałem bardziej zachowawczo.  W klasyfikacji generalnej raczej nie powinienem zmienić miejsca.

Jutro też Lijak… stety albo niestety… zobaczymy, czy i tym razem będzie dla mnie łaskawy. Jutro zaczynamy godzinę wcześniej, więc na dziś – musi wystarczyć.

Zdjęcie do publikacji nadaje się tylko jedno - to które zrobiłem zaraz po tym jak wyścig ruszył na dobre.