Mam zaległą relację i trochę fotek  z Włoch – z Meduno, jakoś czasu i sił nie było. W każdym razie, teraz jestem ponownie w Słowenii, z tą różnicą, że na German Open.  Parę dni tutaj jestem, fajnie się złożyło, że kolega Darek wybierał się w tym terminie w te okolicę i przygarnął mnie i Carlosa. Tym bardziej fajnie, że auto, którym pierwotnie mieliśmy jechać, doznało awarii. Parę dni przed zawodami poświęciłem na to, by podszkolić Andrzeja Mechanika w lataniu termicznym i przelotowym, tak więc do zawodów robiłem za anioła stróża. Andrzej miał okazję doświadczyć różnych warunków i miejsc.

No ale wracając do zawodów – pierwszy dzień był odwołany z oczywistych względów – deszcz. Skończyło się to zorganizowaną przez Gaspera wycieczką do jaskini  w Postojnej. Świetna sprawa… tyle razy byłem już w Słowenii, a ani razu tam nie byłem. Warte polecenia.

Wczoraj po raz pierwszy wjechaliśmy na górę – Kobalę. Pierwsza odprawa ok. 9, druga ok. 10.30, a o 12 decyzja.  Prognozy pokazywały dość silny wiatr ze wschodu, a na Lijaku i w jego okolicach Borę. Organizatorzy przewidywali, że wiatr zmniejszy siłę, ale niestety nie było aż tak dobrze i ostatecznie odwołano konkurencję. Wyścig do dwóch busów, które były na górze, wygrali oczywiście Polacy. Wyczuliśmy wcześniej na co się zanosi.

Dziś z kolei od rana była decyzja, że o 10 jedziemy na Stol’a. Nie byłem tam bardzo długo… no przelatywałem obok przy kilku okazjach, ale żeby pchać się tam na startowisko, by stamtąd latać, jakoś nie było mi po drodze. Trochę sobie na górze posiedzieliśmy, jakoś czas zleciał. Trasa na dziś to jakieś 55 kilometrów po optymalizacji. Początek zrobiłem całkiem zgrabnie, po pierwszym punkcie wróciłem na masyw Stola, wysokość i jazda na drugi punkt, znowu na przedpolu Stola. Później trzeba było rzucić się na Krasij Vrh. Chciałem zrobić wysokość na Stolu, a skończyło się na tym, ze w sumie z niezbyt dużą wysokością wkleiłem w masyw Polovnika. Jak już dobrze jechałem do góry pierwsza grupa oderwała się od góry i rzuciła się na kolejny punkt – Matajur (czy jakoś tak).  Po tym trzeba było zaliczyć Kozlov Rob – czyli „wulkan”. Okazało się, że dla wielu było to bardzo trudne. Skutecznie przeszkadzał wschodni wiatr i wielu dało się spłukać z trójkąta. Część ludzi ratowała się na cyckach i później znowu wysokie góry. Dla mnie był to plan rezerwowy, a podstawowy był taki, by uderzyć w zachodnie zbocze „Zmarzłego”. Przydał się Skytraxx, bo przestawiłem go na „Zmarzłego” właśnie, by wiedzieć czy dobije do niego. Udało się, choć bardzo silny wiatr starał się życie uprzykrzyć. Potem żagiel, parę zbędnych kółek i zaliczam „wulkan”. Po drodze zgłaszam dwa razy Level 2. Pierwszy raz z ok. 800 metrów na początku „Zmarzłego”, drugi raz z około 1600m parę metrów przed „wulkanem”. Mimo wciśniętej beli, prędkość  nie powalała, do tego było turbulentnie. Po „Wulkanie” – powrót na „Zmarzłego”, a z niego – trzeba było zaliczyć Krn. Wysokość robię w wysokich górach, na południowo-wschodnich zboczach, jest to ostatni komin, który kręcę. Na dolocie na południe, gdzie był jeszcze jeden punkt zwrotny, pokazywało mi, że będę miał 100 m. nad metę. Jak tylko go zaliczyłem, zrobiło się z tego -200. Tak więc znowu trzeba było podeprzeć się żaglem na „Zmarzłym”, by dolecieć do stadionu w Tolminie – ostatniego punktu zwrotnego przed metą. Mało przyjemny dolot na pełnej beli, dłużył się strasznie, były momenty, że na pełnej jechałem tylko 4 km/h do przodu… no ale za to do chociaż do góry. Trzeba było mocno się pilnować, ale dało się utrzymać glajta nad głową. Dolot już w wiatrem, więc problemu nie było… skończyło się tym, że byłem pierwszy na mecie!... oby tak dalej…

Zajęty byłem w powietrzu tak, że żadnej fotki nie zrobiłem, ale za to organizatorzy zrobili film, więc miłego oglądania.