Dziś organizator zdecydował, że jedziemy na Lijak. Dosyć duże zachmurzenie w dolinie Soczy i prognozowany silny wschodni, połnocno-wschodni wiatr nie dawał nadzieji na rozegranie konkurencji na miejscu.

Na Lijaku oczywiście też wiało, ale prognozy wskazywały na to, że w ciągu dnia siła będzie malała. W związku z tymi prognozami organizator rozłożył trasę ok. 40 km, w zasadzie przed startowiskiem. Straszny zyzgzak z dwoma punktami coraz głębiej na przedpolu.  Ogólnie niby nic trudnego, a jednak zęby można było sobie połamać. Spotkało to kilku świetnych pilotów. Ja też padłem na 27-mym kilometrze. Godzinę walczyłem w okolicy lądowiska o odzyskanie wysokości, by tylko trasę dokończyć.  Wyjechałem ze 100 metrów,  ale tylko o jakieś 300-400 . Szukałem wszystkich możliwości, nawet po górze będąc na wysokości startu nie dało się wyjechać. Porażka totalna. Wiatr zdmuchiwał termę, że nie dało się użebrać wystarczającej wysokści by zamknąć trasę.

Kluczem było hołdowanie maksymie Pesona "chwała na wysokości". Jedno jest pewne - na pudło szans już w tych zawodach indywidualnie szansy nie mam. Jak to Kazik śpiewał "ja tu jeszcze wrócę, wszystko pochytam, wszystkiego się nauczę". 

Na pocieszenie zostanie mi najpewniej pudło w klasyfikacji drużynowej. :)