Wczoraj na 5 rano odstawiłem Marka do Karlova (czy jakoś tak) na pociąg do Sofii, a przed południem ruszyłem na lotnisko po Ramba. Mimo, że okazało się, że lotnisko leży dalej niż zakładałem, to udało się zgrać wszystko w czasie.

Na lotnisku ruch - może nie za duży, ale za to można było sobie popatrzec na dwa Herkulesy, które dokazywały na niebie. Niskie przeloty nad lotniskiem, w mocnym zakręcie oraz lądowanie z odwracaniem ciągu w wykonaniu tej maszyny robią niezłe wrażenie. Druga niespodzianka, którą zauważyłem na wjeździe na lotnisko - muzeum lotnictwa. Pawła w zasadzie nie trzeba było namawiać na zwiedzanie - parę ciekawych maszyn było, o czym można przekonać się ze zdjęć. Wszystko na wyciągnięcie ręki, wszystko można sobie całkiem dokładnie obejrzeć... miło spędzona godzinka.

W drodze z lotniska - zatrzymaliśmy się w Plovdiv - na śniadanio-obiad we włoskiej knajpce. Zaskoczenie - jedzenie naprawdę we włoskim stylu. Po dotarciu do Sopotu - rejestracja na Paralotniowe Mistrzostwa Świata, obligatoryjna odprawa bezpieczeństwa, a wieczorem oficjalne uroczystości otwierające Mistrzostwa Świata.

Dziś miał odbyć się dzień treningowy, ale pogoda - za silny wiatr skutecznie uniemożlił nam latanie. Z dnia treningowego zrobił się dzień techniczny - sprawdziliśmy glajty całej ekipy, a Spajk i Łosoś wymienili w swoich skrzydłach liny na nowe, więc dzień nie poszedł na marne.

W sumie od paru dni jesteśmy w Bułgarii... ale jakoś czasu na pisanie nie było... jesteśmy bo ze Słowenii zabrał się ze mną Marek "Żeglarz" z grupy 303. Był na szkoleniu przelotowym w Słowenii. Zaproponowałem mu, że podrzucę go do Ljubliany na lotnisko, a pojechał dalej. Najlepsze w tej podróży to to, że Marek nie miał ze sobą paszportu. Za to mieliśmy przekonanie, ze potrzebny będzie przy wjeździe do Serbii. No ale udało się, problemu nie było, za to trochę stłumionych emocji. Trochę emocji dostarczyło też szukanie stacji na trasie za Niszem, w kierunku na Bułgarię... mało paliwa zostało, auto przyjęło z ochotą okrągłę 90 litrów... zastanawiam się, czy zbiornik w Vivaro ma 90 czy 95 litrów pojemności...

W każdym razie miałem kompana na drogę i tak czas minął milej, znaczy się zakrzywiła się czasoprzestrzeń i szybciej dotarliśmy na miejsce. Ze Gabrje wyjechaliśmy około 11, a na miejsce, znaczy się do Sopotu dojechaliśmy po 2-giej w nocy. Pierwsza noc w samochodzie. A rano niespodzianka - auto nie chciało odpalić. Jak się później okazało, akumulator dokonał żywota, choć udało się przy pomocy załatwionych przez Marka kabli i samochodu zaprzyjaźnionego Rosjanina - Pawła auto odpalić i przemieścić do centrum, do hotelu. Najlepszego w mieście... tak superowego, że dwa razy się przeprowadzaliśmy. Raz bo się Pani rezerwacje ponakładały, drugim razem, ze względu na mrówki w pokoju. Ostatecznie nadal mieszkamy z mrówkami, ale jest ich mniej. Ale nie są jakieś wielce uciążliwe, da się z nimi żyć. Hotel lata swojej świetności, z resztą jak cała miejscowość ma dawno za sobą. Ale ma kilka zalet - bardzo przyzwoitą cenę  33 Leva - jakieś 16-17 Euro za pokój, jest w samym centrum wydarzeń - do biura zawodów mamy jakieś 150 metrów, większość lokali również pod nosem. Czego chcieć więcej... a no i pokoje są klimatyzowane, z czego czasem chętnie korzystamy... no i internet... też się przydaje. Jutro co prawda kończy się nam pobyt, bo w związku z Mistrzostwami Świata, mają pełne obłożenie. Tragedii wielkiej nie ma, bo na MŚ Klaudia załatwiła nam dom, więc się jutro tam przeniesiemy, a Marek pojutrze wraca do Londynu.

Uruchomienie auta w sumie nie było takie trudne. Na miejscu jest Emil z Sylwią, która biegle włada bułgarskim i oni mi pomogli. Pojechaliśmy do mechanika z wymontowanym akumulatorem, ten sprawdził akumulator, stwierdził, że akumulator do wymiany (przecież nie mogło być inaczej) i za jedyne 179 Lv (jakieś 400 zł) przywiózł i zamontował mi nowy akumulator. Faktem jest, że auto odpala zdecydowanie chętniej, więc pełnej pojemności stary akumulator na pewno już nie miał.

Miało być o zawodach, więc do tematu. Jesteśmy na Mistrzostwach Ukrainy i Bułgarii... pogoda na początku nas nie rozpieszczała - burzowo, a do tego organizacyjny rozpierdziel... taki trochę "TUMIWISIZM" i to nie Ukraińskiej strony, a lokalesów właśnie. Póki co odbyły się 2 konkurencje. Pierwsza, po dwóch kolejnych odwołanych dniach - jakieś 50 km z haczykiem, lub bez haczyka. Task przerwano, ze względu na niekorzystne warunki pogodowe. Niekorzystne to one były zaraz po odpaleniu, bo padał lekki deszcz, co zgłaszało wielu pilotów. Organizator ma świetną wymówkę - ktoś blokował częstotliwość bezpieczeństwa i udawał, że nie słyszy. A w mojej ocenie, po prostu bardzo chcieli puścić task, byle był by ważny. No i puścili task po zacienionej dolinie... Ja zglebiłem przed najbardziej wysuniętym na wschód punkcie zwrotnym, a chwilę później zaczęło grzmieć, i zatrzymali konkurencję. No i jest konkurencja za całe 229 pkt. dla zwycięzcy... powinno być zwyciężczyni - Klaudyny! Objechała nas równo. Ja uplasowałem się na 23 pozycji, z czego w sumie zadowolony jestem. Nie ma co wybrzydzać. W warunkach jakie tego dnia panowały, wielu dało w glebę tuż po starcie. Przy okazji miałem możliwość przekonania się po raz kolejny, że Coden wykręca się lepiej niż Icepeak 6...

Dziś z kolei od rana było widać, że to jest ten dzień, dzień na długie XC, na długą konkurencję. Wstępne przymiarki były na 110 km, ale ... zepsuł się wyciąg i blisko godzinę  musieliśmy czekać, aż coś się zmieni w tej kwestii. My to w sumie pikuś, byliśmy na ziemi, ale ci co na wyciągu siedzieli, musieli się nietęgo wynudzić. W każdym razie - w końcu udało się wszystkich wwieźć. Ja dostałem się na górę w miarę wcześnie, a po solidnym posiłku dnia poprzedniego, postanowiłem powalczyć z kaloriami i wlazłem na najwyższy punkt startowiska. Trasa rozłożona - jakieś 79 km, chyba z 73 po optymalizacji. Wszędzie cylindry po 1km. Start to 2km cylinder wyjściowy nad startowiskiem. Meta 200 metrowa linia. W miarę wcześnie odpaliłem, choć chyba po 10 minutach po otwarciu okna startowego, a 30 minutami przed rozpoczęciem wyścigu. Skupiłem się na robieniu wysokości i udało mi się wyskrobać chyba najwyżej - na 2540 m - wykręcając się pod koniec z boku chmury... latałem między chmurami... wrażenie świetne... bardzo lubię takie smaczki w lataniu, więc. bardzo mi to umiliło dzień. Nie odważyłem się co prawda na robienie zdjęć, bo miałem w tym momencie ze 2 minuty do rozpoczęcia wyścigu, ale co widziałem to moje. Następnie polecieliśmy na zachód - nad wioskę Cyganów - gdzie z wielu względów się nie ląduje, więc oczywiście wysokość i jazda. Mogłem to trochę inaczej rozegrać nadrobić sporo czasu. Na początku za mało odważnie poleciałem, ale muszę się też w to miejsce wlatać, więc pewną ostrożność warto jednak zachować. Kolejny punkt to powrót nad start, potem lot na wschód nad zbiornik wodny z tamą, potem jeszcze miejscowość Banja i meta. W międzyczasie, tuż po punkcie przy startowisku, 2 granie na wschód - jakiś pilot musiał ratować się na spadochronie - nieźle go wymiąchało, a nie zareagował jak trzeba. W zasadzie przesadził z reakcjami i sprawy się oczywiście skomplikowały, że w zasadzie to już wyboru nie miał. Ot ciężkie jest życie pilota... wiem jak to jest, doskonale pamiętam swoje przygody z Saint Andre podczas Mistrzostw Europy. No ale wracając do meritum - podałem informację do organizatora, pilot potwierdził, że wszystko jest OK...  i dalej dzida. Nie leciałem na pełnej beli, a w sumie można było... no ale jak pisałem - wlatać się w miejsce jeszcze muszę. Dolot na metę od przedostatniego punktu na pełnej beli, tylko po drodze podkręciłem mocne noszenie, bo mnie do tego dosyć nachalnie zaprosiło. Pokazywało mi, że do mety brakuje mi 120 m wysokości, więc w sumie te 200 m podkręciłem. Miałem dobrą linię i skończyłem 400 metrów nad metą. W sumie lepiej tak, niż tak jak chociażby Yassen, któremu zabrakło bodaj 50 metrów, by przekroczyć linię mety, albo kolesie na UP Trango XC2, którzy lądowali na plantacji róż...

A no warto dodać rzecz ciekawą - testują na nas wyremontowany wyciąg. Za pieniądze, które zapłaciliśmy jako wpisowe. Jakaś porażka. Wwiezienie wszystkich  pilotów na górę, to przedsięwzięcie na jakieś 1,5 - 2 godziny. Nie na każde krzesełko wsadzali, bo na początku na co drugie, potem na dwa i trzecie puszczali puste. Drugiego dnia, kiedy po raz pierwszy wjechaliśmy na górę, wyciąg zepsuł się, w momencie, jak mieliśmy jechać na dół. Jak się później okazało, naciągali główną linę. Zjechać mieliśmy, bo się nam piękna burza nad startowiskiem zrobiła. Po deszczu i długim oczekiwaniu, wielu pilotów zdecydowało się zlecieć na dół, ja w sumie w pewnym momencie również, ale za nim zdążyłem się całkowicie rozpakować, wyciąg ruszył i zdecydowałem się na zjazd. W każdym razie z tym wyciągiem wcale się nie poprawiło, a z kuluarowych rozmów wyszło, że po prostu nie wszystko bangla jak należy i muszą wszystko sprawdzić. Jeśli miało się to odbywać w ten sposób, to nie powinni brać od organizatorów kasy za wwożenie nas na górę, a organizatorzy od nas. No cóż - interes to interes... eh Bułgaria... to nie kraj, to stan umysłu... ale o tym wkrótce.

No i po zawodach. Dziś konkurencja odwołana, a wczoraj spektakularna porażka... po godzinnej walce, by się wykręcić padłem na niespełna 28-mym kilometrze. Ostatecznie jestem 17-ty w klasyfikacji generalnej. 

Za to drużynowo mamy 3-cie miejsce!

W sumie to i tak się cieszę, bo biorąc pod uwagę jak ostatnio mało latałem, wynik  calkiem zadowalający. No i walczyłem dzielnie i wytrwale w warunkach, w których inni odpuścili. :)

Dziś organizator zdecydował, że jedziemy na Lijak. Dosyć duże zachmurzenie w dolinie Soczy i prognozowany silny wschodni, połnocno-wschodni wiatr nie dawał nadzieji na rozegranie konkurencji na miejscu.

Na Lijaku oczywiście też wiało, ale prognozy wskazywały na to, że w ciągu dnia siła będzie malała. W związku z tymi prognozami organizator rozłożył trasę ok. 40 km, w zasadzie przed startowiskiem. Straszny zyzgzak z dwoma punktami coraz głębiej na przedpolu.  Ogólnie niby nic trudnego, a jednak zęby można było sobie połamać. Spotkało to kilku świetnych pilotów. Ja też padłem na 27-mym kilometrze. Godzinę walczyłem w okolicy lądowiska o odzyskanie wysokości, by tylko trasę dokończyć.  Wyjechałem ze 100 metrów,  ale tylko o jakieś 300-400 . Szukałem wszystkich możliwości, nawet po górze będąc na wysokości startu nie dało się wyjechać. Porażka totalna. Wiatr zdmuchiwał termę, że nie dało się użebrać wystarczającej wysokści by zamknąć trasę.

Kluczem było hołdowanie maksymie Pesona "chwała na wysokości". Jedno jest pewne - na pudło szans już w tych zawodach indywidualnie szansy nie mam. Jak to Kazik śpiewał "ja tu jeszcze wrócę, wszystko pochytam, wszystkiego się nauczę". 

Na pocieszenie zostanie mi najpewniej pudło w klasyfikacji drużynowej. :)

Kolejny dzień, kolejne zmagania. Dziś warun nie rozpieszczał. Dało się owszem polatać, ale wiał dość mocny zachód i już na początku organizatorzy poważnie brali pod uwagę, czy nie odwołać konkurencji. Piętrzące się chmury też poskramiały zapędy innych paralotniarzy, tak że w zasadzie to zawodnicy pokazali, że się da latać.W zasadzie to nawet Peson - bo on odpalił jako pierwszy i kopał szyszki, aż wyjechał do góry. Jak ludzie zobaczyli, że się da, to się oczywiście ruszyło towarzystwo i hajda w powietrze. A w powietrzu - trochę dziwny warun. Nie każdemu było dane się po starcie wykręcić. Wielu zostało spłukanych do parteru. Wielu już po przeskoku na Zmarzłego. Wiał naprawdę solidny wiatr i mocno zatrzymywał, tak, że utrzymanie na żaglu wymagało sporo wysiłku i koncentracji. Oczywiście bez Speed'a w ogóle nie miało sensu latać.

Pierwszy punkt to tradycyjnie już Wulkan - wszyscy mocno wstrzymywali się z rozpoczęciem wyścigu, chyba nawet jako drugi zaliczyłem ten cylinder. Potem Most Volarje, Anteny i Volarije, ale tym razem wioska. Jedyna opcja na ten dzień to było trzymać się wysoko, choć i u góry było turbulentnie. Klasyczny Level 2 - troszku śmieszno troszku straszno. No ale latać się dało, jednak organizator zdecydował się przerwać konkurencję, tak że czołówka była w tym momencie w okolicach Zmarzłego w drodze do Volarje. Jak taska by nie przerwano, to reszta trasy mogła sporo namieszać, bo następne punktu to Kościółek na górce na południe od Wulkanu, a potem Dreznica ravne. Z tamtąd pozostał powrót do Camp Gabrje.

Wydaje się, że było to wykonalne, choć na pewno dosyć trudne. Zobaczymy co wymyślą nam organizatorzy na jutro. Ja skończyłem dziś 2-gi, Niedaleko po mnie Maniek, Vito i Peson (który wygrzebał się z takiego parteru, że wierzyć się nie chce i gdybym nie widział, to bym to między bajki włożył). Drużynowo nadal jesteśmy na 2-gim miejscu...

Jak pisałem, było turbulentnie, więc trzeba było glajta mocno pilnować - udało się zrobić tylko 2 fotki.

Dziś wwieziono nas szybciej na górę - z obawy o pogorszenie warunków pogodowych. Trasę zaplanowano nie za długą - około 60 km, ale za to ciekawą. Startowy to tradycyjnie już wulkan, potem Dreznica ravne - u podnóża Polownika, Żabij Kuk, punkt na wschód od Mostu na Soci i Livek - z 2km cylindrem. Ostatnie 2 to wsumie taki tricky part. Zdecydowana większość zrobiła to przez Zmarzłego (Mrzli Vrh) i to działało najlepiej. 

Ogólnie zlądowałem na mecie 9-ty utrzymując swoje 4-te miejsce w generalce, ale wiem też co zrobiłem nie tak, więc następnym razem postaram się mieć to w pamięci. Trochę trzeba popracować jeszcze nad koncentracją w czasie lotu.

Udało się zrobić parę zdjęć, więc można podpatrzeć, na czym lata teraz konkurencja z Czech :)

A no i nasz team Polska D aktualnie zajmuje 2-gie miejsce! Do pierwszego trochę brakuje 400 pkt.