Serbia – tu w ostatnich dniach odbyły się Paralotniowe Mistrzostwa Polski i Serbii. Dokładniej w Kopaoniku (lub jak kto woli „Kopał Koniku”). W Serbii byłem już wcześniej – kiedyś z Carlosem na jakimś zdaje się w Knjażewcu przed MP w Macedonii (w ogóle nie polataliśmy, ze względu na pogodę), za drugim razem w Kopaoniku na Paralotniowych Mistrzostwach Europy w 2014 roku. Wtedy latanie było w kratkę... teraz w zasadzie też. Nie zapałałem do tego miejsca sympatią (z wzajemnością) wówczas. Dziś – nadal nie czuję potrzeby by tam latać, mimo że rozumiem to miejsce nieco lepiej, a ostatnie dwa dni latania były zdecydowanie najlepsze, z tych jakich w Serbii przez łącznie blisko miesiąc (na przestrzenie lat) doświadczyłem. Nie jest to miejsce łatwe do latania, nie jest to miejsce komfortowe pod różnymi względami, ale czegoś nauczyć się zawsze jednak można.

Co do organizacji zawodów – zachowam umiar w opinii. Serbowie ze swojej strony mieli to całkiem nieźle zorganizowane. Tzn. działało wszystko, ale do niektórych rzeczy można się przyczepić. Ot chociażby brak listy startowej. Przez niedziałający lifetracking nie mogli wiedzieć kto poleciał, a kto nie. Potencjalnie bardzo niebezpieczna sytuacja. Kilka innych drobiazgów by się jeszcze znalazło, ale ostatecznie – było ok. Z Polskiej strony – organizował to KLiP – najwięcej zasług jest po stronie Jacka Profusa, niestety z tego też powodu można mieć do niego także pretensje. Za dużo wziął sobie na głowę. Zawody nie miały praktycznie żadnej oprawy medialnej, co dla sponsorów (i dla mnie) jest po prostu nieakceptowalne. W sieci praktycznie to wydażenie nie istniało. Ani znajomi, przyjaciele, rodzina i pozostali zainteresowani nie mogli śledzić naszych zmagań, a brak jakichkolwiek relacji ze strony organizatora po doświadczeniach poprzednich lat zostawił niesmak. Zdecydowanie – DO POPRAWKI!

Co do samego latania – w roku ubiegłym po zdobyciu na BGD CURE tytułu Paralotniowego Mistrza Polski klasy Sport, marzył mi się do kompletu tytuł w klasyfikacji generalnej – tak więc tym razem latałem na skrzdle klasy CCC – BGD DIVA. Niewiele zabrakło... ale po kolei.

14.08.2017 – pogoda nie pozwala na latanie. Konkurencja odwołana.

15.08.2017 –konkurencja pierwsza – rozpisano trasę około 65 km.

Pólnocny wiatr dyktuje warunki. Zygzak po dolinie – w zasadzie między Kopaonikiem i Golją. Start na Kokorovcu. Początek cylinder wyjściowy wokół startowiska. Dla niektórych od razu prawie gleba. Padł między innymi Chrząszczu. Ja się wykręciłem i na start czekałem na tzw. diable – czyli górze z anteną na zachód od startowiska. Pierwszy Punkt zwrotny – w dużej grupe z czołówką. Tu nie było problem. Pierwszy błąd zrobiłem na następnym punkcie zwrotnym. Zostałem przed nim zbyt długo w jakichś słabych noszeniach i w zasadzie to straciłem więcej wysokości niż zyskałem, by ostatecznie rzucić się na ten punkt zwrotny z marną szansą na to, że uda mi się wykaraskać z parteru. W zasadzie to w akcie desperacji rzuciłem się na ten punkt, bo tkwienie w zerkach przez tak długi czas i spychający wiatr nie zostawiał zbyt wielu sensownych możlwości. A może po prostu zabrakło mi cierpliwości. Po zaliczeniu punktu odlatuję na południowy wschód. Nie wiem ile miałem nad glebę, bo niestety zapomniałem sprawdzić, czy w C-Pliocie mam odpwiednią mapę topograficzną. Nie miałem (największy błąd tego dnia). Z dolinek, bez znalezienia noszenia, nie było opcji wylecieć. Miałem nadzieję jedynie dociągnąć tak daleko jak się da, po drodze, w obniżającej się dolinie, szukając dogodnego i tak daleko w kierunku trzeciego PZ wysuniętego miejsca do lądowania jak to możliwe. Na szczęście udało mi się znaleźć noszenie – solidną trójkę czy nawet czwórkę, która szybko pozowoliła mi wrócić do gry. Kilku chłopaków na słabszych glajtach próbowało pójść w moje ślady. Zrealizowali pierwszy wariant planu – lądowanie w dolinkach. W każdym razie następny punkt był blisko granicy z Kosowem, za Raszką. Po drodze doganiam kilku maruderów – w tym Waltera Wojciechowskiego i Sławka Kaczyńskiego. Po zaliczeniu punktu z odbijamy na południowy zachód – trochę w kierunku Nowego Pazaru. W zasięgu wzroku jest czołówka. Kiedy my dolatujemy w miejsce, w którym się wykręcali, oni odlatują. Grupą szukamy czegoś sensowego, ale niestety miodu nie ma. Trochę podjeżdżam do góry, ale znowu tracę cierpliwość i decyduję się szukać szczęścia gdzieś indziej – w kierunku na punkt. Wiatr naprawdę mocno się nasilił. Doleciałem na drugą stronę doliny – na półnoć od Nowego Pazaru … i utknąłem tam na trochę. Po jakimś czasie doleciał do mnie Krzysiek Schmidt. Był nade mną. Próbowaliśmy dostać się na nawietrzną wyższych górek – bezskutecznie. Trzeba było się mocno nagimnastykować, by utrzymać glajta nad głową. Szybkie rączki i nóżki były potrzebne. Byłem zresztą na tyle nisko, że znowu wybierałem sobie miejsce na lądowanie. Było bardzo nieprzyjemnie i już nawet kołatała się myśl, by dać sobie spokój. No ale udało się jednak wyjechać z parteru na jakieś 1300 metrów – wysokości było tyle, by dolecieć na górki na zachód od mety. To co chciałem zrobić wcześniej – to jest dostać się na północno-wschodnie stoki, bo wydawało mi się, że gdzieś tam jest meta – było zupełnie bez sensu. Ze względu na brak mapy i silny wiatr, zupełnie niewłaściwie odczytywałem położenie swoje względem mety. Jeszcze dalej na zachód był ostatni już punkt zwrotny. Trochę na żaglu, trochę na termice – leciałem w kierunku tego punktu. Widziałem po drodze, jak czołówka zasuwa na metę. Mi udało się dolecieć na jakiś 1 km (może 800 m) od punktu zwrotnego, gdy Zoran – Meet Director – przerwał konukrencję. W zasadzie to powód był dla mnie zrozumiały, bo powietrze było delikatnie mówiąc nieprzyjemne i z tego co mi później powiedział – wiatr był zdecydowanie silniejszy niż w prognozie i ich własnych przewidywaniach. W każdym razie zawracam i lecę na metę, by wylądować. W locie na punkt w zasadzie wszędzie zaczyna mnie nosić. No ale turbuletnie było cały czas. Nie chciałem walczyć o „złote kalesony”, więc skoro wyścig został przerwany, zdecydowałem się wracać i lądować na mecie, bo z tego miejsca zwózka była najmniej problematyczna. W każdym razie – na mecie melduje się tylko pięciu pilotów – sami Polacy, przy czym jeden z Irlandzką FAIką. Wygrywa Michał, potem jest Mario, Tomek, Bubuś i Bogdan Białka (czarny koń tych zawodów w mojej opinii – aż szkoda, że nie ma polskiej licencji FAI). Ja ostatecznie ląduję na 22 pozycji. Powrót w fajnym towarzystwie sprawił, że czas szybko i miło minął. Największym błędem tego dnia było niewłaściwe przygotowanie się do lotu. Nie sprawdziłem instrumentów. Duża część istotnych informacji była dla mnie niedostępna. WNIOSEK JEST JEDEN – CHECK AND DOUBLE CHECK!

 

16.08.2017 –Konkurencja druga - anulowana.

Znowu jedziemy na Kokorovac. Rozłożona jest trasa około 65 km. Stosunkowo prosta. Sekcja czasowa przed startowiskiem, z możliwością zrobienia jej z diabła, potem punkt w okolicy Nowego Pazaru (południowy zachód) i dalej na zachód na płaskowyż. Prognoza i rzeczywistość pokazały dostyć silny wschodni wiart. Wystartowało tylko dwóch pilotów. Jeden z nich – zawodnik. Nie wyglądało to za dobrze gdy leciał i w sumie dosyć szybko znalazł się na ziemi. Nie były to warunki dla wszystkich. Wielu pilotów by sobie poradziło, ale tak trudne warunki i blisko 150 pilotów nie napawały optymizmem i nie rokowały tego, że uda się bezpiecznie wszystkim wystartować i wykręcić. Ostatecznie decyzja była taka, by ten dzień anulować. W sumie w perspektywie piątku i soboty – decyzja była bardzo dobra.

 

17.08.2017 – Zapowiadana jest burza. Rano jeszcze idziemy do autobusu, ale w nim dowiadujemy się, że dzień jest anulowany. Burza przychodzi prawie punktualnie, według prognozy Meteoblue. GFS się tu w miarę sprawdza.

 

18.08.2017 – konkurencja trzecia.

Blisko 80 km trasy. Kombinacja pierwszego i drugiego taska. Cylidner startowy wokół Kokorovac'a. Wyjście jak poprzednio możliwe z Diabła. Dalej na zachód – robię to w czubie. Potem na południe blisko Nowego Pazaru, tu daję się trochę wyprzedzić, ale cały czas zachowuję kontakt z czołówką. Dalej na zachód-północny-zachód na płaskowyż. Po drodze ich dopadam, robię z nimi wysokość i resztę trasy robimy razem, przy czym ja nieco bardziej dbam o to by być wysoko, staram się zachować dobry kompromis między prędkością i doskonałością. Dobra linia też robi swoje. Lecimy tak do granicy płaskowyżu, skąd było jakieś 14 km do mety. Tu skanujemy zbocza by zaleźć ostatnie potrzebne noszenie. Trzeba było przenieść się nieco na północ, by w końcu znaleźć jakieś sensowne noszenie. Słabo było na początku, ale się powoli rozkręcało. Jako pierwszy decyduję się odejść – w momencie kiedy instrument pokazuje mi 10 doskonałości potrzebnej do osiągnięcia mety. Akurat wtedy były już tam chmury i leciałem przez spore noszenia. Było trochę turbulentnie, więc niestety z racji tego, że nie znałem się z DIVĄ, aż tak dobrze, trochę tego speeda odpuszczałem, tak więc Michał miał szansę na to by mnie trochę dojść. Ostatecznie – melduję się na mecie pierwszy ze średnią prędkością 37,7 km/h (póki co mój rekord). Michał jest 28 sekund za mną. Następni to Bartek, Jacek Górski, Vladimir Bacanin, Krzysiek, Bubuś, Bogdan i jak się okazuje wielu innych. Metę zalicza blisko 70 pilotów. Mimo, iż byłem pierwszy – ostatecznie dzięki Leading Points (punkty za prowadzenie) wygrywa Michał – różnicą 9 punktów.

 

19.08.2017 – konkurencja czwarta – decydujące starcie.

Mam szansę na wygranie zawodów i zdobycie tytułu Paralotniowego Mistrza Polski. Dużą szansę. Dzień wcześniej organizatorzy zapowiedzieli, że jedziemy na Jadownik. Startowisko wystawione na południowy zachód. Prognozna mówi o słabym wietrze ze wschodu. Trasa to blisko 92 km. Sporo jak na ostatni dzień. Jak zwykle – nie spieszę się ze startowaniem. Z resztą nie tylko ja. Ale w pewnym momencie robi się nerwowo. Wiatr robi psikusa i zaczyna wiać nam w plecy. Na tyle, że przeszkadza to w starcie, ale nie na tyle, by go zupełnie uniemożliwiał. Z innymi pilotami przechodzimy na wolne miejsce, kawałeczek dalej na północ. W dogodnej chwili startujemy. W tym czasie Spajk jeszcze na ziemi. Moje szanse rosną. Wielu innych także utknęło na ziemi. Zaraz po strarcie lecę w kieruku, gdzie inni się wykręcają – tam zaczyna się Rock&Roll. Trzeba było się nieźle pilnować, by wyjechać na tyle wysoko, by było bardziej komfortowo. Z bardzo małym marginesem czasu udaje mi się wykręcić na tyle wysoko, by zaliczyć cylinder startowy i pierwszy punkt zwrotny. Jestem mocno w czubie. Pierwszy punkt zaliczam może 5-ty. Dalej mamy długi lot nad Nowy Pazar. Blisko 30 km. Lecimy w grupie – Bubuś, Strażak, Chrząszku, Krzysiek, Kum, Bogdan, Janek i paru innych. Współpraca i lot od noszenia do noszenia. Przed samym Nowym Pazarem wciskam belkę do oporu i wszystkich wyprzedzam. Zaliczam punkt pierwszy. Następnie zwalniam i dalej lecimy grupą skanując powietrze. Znowu kręcimy. Noszenie nie jest jakieś super, ale chwilowo nic lepszego nie ma. Skanuję trochę w poszukiwaniu centrum. Część chłopaków, którzy są niżej odpuszczają szybciej, by szukać szczęścia gdzieś indziej. Większość uderza na zachód od Raszki. Ja decyduję się, by zostać w noszeni i spokojnie poszukać centrum. Chcę się wykręcić trochę i lecieć po optymalnej linii – nad Raszką właśnie. O czym nie wiedziałe, to to, że Bogdan zdecydował się lecieć na zachód od Raszki. Górkami wystwawionymi na wschód. Trochę drogi do nadłożenia, ale nie więcej niż dla tych, którzy lecieli w stronę startowiska. W każdym razie, ja po drodzę mam chmury, a noszenia też w zasadzie cały czas są. Dziwne jakieś, bo jak próbuję zakręcać, to je tracę, jak lecę, to cały czas prawie do góry. Na parę kilometrów przed trzecim punktem zwrotnym na diable, mam dolot do mety. Doskonałość potrzebna wg C-Pilota to 8,9. Mam zapas wysokości i zapewniony dolot na metę... dopóki nie wlecę w mocne duszenie przed diabłem. Punkt zaliczam jako pierwszy. Dupa zbita. Mam nadzieję, że po wschodniej stronie się wykręcę, lecz nic z tego. Skanuję zbocze, jadę nawet dalej na północ, tylko po to, by ostatecznie być zmuszonym do odpuszczenia i spłynięcia przez duszenia w stronę mety. W tym czasie reszta zalicza punkt na diable, z wysokością, która pozwala im zaliczyć metę przede mną. Widzę przed sobą też kilku zawodników, którzy się wykręcają w tej zawietrznej. Próbuje między innymi Chrząszczu, pod którego podlatuję. Ja nie byłem się w stanie tam wykręcić i spłukuje mnie dalej. Nisko, ze 100 metrów nad dno doliny, blisko zbocza udaje mi się znaleźć silne, popieprzone noszenie. Rock&Roll znowu, ale trzymam to za mordę i wspinam się do góry. Chrząszcz też ostatecznie spłynął walczył tam gdzie ja uprzednio. Walczę do końca i jeszcze udaje mi się jednego pilota na ostatniej prostej wyrysować. Cóż... byłem z przodu, byłem wysoko. Popełniłem błąd, bo wystarczyło zostać w noszeniu na 3 dodatkowe kółka i uderzyć na punkt w większym zapasem wysokości. Problem był też taki, że nie do końca orientowałem się, gdzie jest ostatni punkt zwrotny. Wydawało mi się, że jest on bliżej startowiska i plan zakładał właśnie lecenie po grani. Muszę na przyszłość lepiej planować dolot. Muszę się lepiej orientować w przestrzeni. W każdym razie, po tej konkurencji, gdy widziałem wiele glajtów na ziemi, wydawało mi się, że nie będę nawet w pierwszej 10-ce. Ostatecznie zawody zakończyłem na 8 pozycji, w klasyfikacji Polskiej byłem 5-ty. W myślach przez chwilę byłem pierwszy. Fajnie by było, lecz nie tym razem.

Małym pocieszeniem było to, że wraz z Grupą 303 (Mariusz Kozłowski, Tomek Janikowski, Michał Wojciechowski dodatkow ze mną i Pawłem Chrząszem) – zobyliśmy drużynowo trzecie miejsce, z naprawdę niewielką stratą punktów do drugiej drużyny – UFO – i pierwszej Żywiec AirTeam. Do drugich dzieliło nas 15 punktów. Do pierwszych 57. Co przy trzech punktujących osobach naprawdę nie stanowi dużej różnicy.

 

Mistrzostwa Polski wygrywa kolejny raz Michał Gierlach (Michał - to już ostatni raz), drugi jest Paweł Faron, trzeci - Mariusz Wiśniowski. Pierwsze miejsce wśród kobiet - jest zmiana, bo wygrywa Dominika Kasieczko. Absolutnym wymiataczem okazał się Grzegorz Fiema, który na skrzdle klasy B wygrał klasę Sport. Drużynowo, jak już pisalem - Żywiec, UFO i 303 ze mną w składzie. Wszystkim Mistrzom serdecznie gratuluję! Przy czym uwaga - w przyszłym roku będzie wam jeszcze trudniej!

 

Co istotne, DIVA dowiodła, że jest paralotnią będącą w stanie nawiązać rywalizację z Enzo 3. Enzo 2 jest wolniejsze. Enzo 3 być może też minimalnie wolniejsze. Wykręcanie się i doskonałość – są na podobnym poziomie. Jeszcze przyjdzie mój czas... mój i Divy. Niemcy na German Open w Tolminie najszybciej będą mogli się o tym przekonać. Po German Open, będzie też więcej wiadomo, jak Diva wypada na tle większej ilości nowych skrzydeł CCC, ale jestem bardzo dobrej myśli.

 

No i po zawodach. Właśnie wracamy do Polski... jest chwila czasu by dokończyć relacje...

Ostatnia konkurencja ze względu na raczej niezbyt pewne prognozy, odbyła się na Likaku, za którym raczej nie przepadam. Założenie na ten dzień było zrobić ok. 50 kilometrową konkurencję, przy czym bez lotu na wschód, za Čaven (czyt. Czawen). Utrudniło to mocno pracę nad konkurencją, ale ostatecznie udało się nam, rozłożyć ciekawą konkurencję z kilkoma możliwymi drogami. Najszybsza droga była przez płaskie, najpewniejsza - opierając się o góry.

Podstawy niskie - do ok. 1300 metrów. Początek decyduję się robić po płaskim, jak reszta czołówki. Po opuszczeniu 2,5 kilometrowego cylindra startowego, który tym razem było startowisko, trzeba było zaliczyć punkt na południowy wschód, wysunięty nieco na południe od Chaven'a. Tu na chwilę utknąłem - co w sumie nie wyszło mi na złe. Czołówka, która była wyżej, szybciej się wykręciła. Ja wybrałem niezłą linię, a po drodze nieco dokręciłem. Potem lot na zachód - z kilometr na południe od lądowiska. Potem trzeba było zaliczyć duży cylinder na północny zachód od startowiska. Dróg było kilka. Czołówka poszła na zachód. Mi wysokości zostało nie tak wiele. Akurat tyle by komfortowo wkleić pod startowisko. Przede mną leciał Sławek na Enzo 2. On szukał szczęścia na lewo, ja na prawo i szybciej się wykręciłem w mocnym noszeniu. Ruszyłem samotnie na punkt - płaskowyżem na Grgar. Pozwoliło mi to skrócić dystans do czołówki, która nisko wkleiła we wzgórza na zachód od startowiska. Szału tam chyba nie mieli. Z tego miejsca do zaliczenia jest kolejny duży cylinder, tym razem na południe od startowiska. Jest opcja, by zrobić to granią i tylko wyskoczyć parę kilometrów na południe, ale decyduję się na lot po płaskim, tym bardziej, że chmury pokazywały, że jeszcze działa. Nad stacją benzynową przy autostradzie stoi komin ze sporą chmurą. Z tego miejsca zostaje tylko ok 500 metrów do granicy cylindra. Trochę podkręciłem, punkt, powrót w noszenie i dalej dobrą linią na następny punkt - 400 metrowy L05, u podnóża drugiej górki na zachód od startowiska, który zaliczam razem z Jackiem. Następny cylinder znowu jest spory i daje możliwość lotu krótką trasą przez płaskie, lub długą przez grań Lijaka. Początkowo decduję się na płaskie, ale na chwilę zostałem jeszcze w noszeniu. Po chwili lecę za Jackiem, który grzał pełną parą. Po pokonaniu ok. 1/4 drogi, gdy wysokość stopniała do około 600 metrów, zdecydowałem się nie szukać szczęścia na płaskim, a uderzyć znowu pod startowisko. Łatwiej było taką decyzję podjąć, bo chmury zaczęły z płaskiego znikać, Jacek rzucił się pod ludzi kręcących jakieś słabe noszenie. Innymi słowy - miodu tam nie było. Dobijam do zbocza poniżej startowiska. Rysuję je na zachód - w kierunku na punkt, ale tak nisko nie działalo i wróciłem w stronę startowiska. Najpierw żagiel, potem podkrętka do wysokości grani i jazda na speedzie na wschód. Tu było zdecydowanie mocniej niż na płaskim... bardziej też turbulentnie. Zaliczam punkt i lecę w stronę startowiska. To samo robi czołówa, tyle, że przede mną i sporo niżej. W okolicach startowiska spotykamy się. Oni zaczynają jiż odchodzić na ostatni punkt na zachodzie. Ja patrzę na wskazania C-Pilota, dokręcam, aż będę miał 150 metrów nad metę, bo ostatnia część jest pod wiatr. Chilę przede mna odchodzi Mario. W drodze na punkt - C-Pilot zaczął pokazywać jakieś totalne bzdury (to już drugi raz), bo za chwilę pokazywał mi, że brakuje mi ok. 1000 metrów wysokości, by dokończyć konkurencję. Dla pewności trochę podkręciłem, ale zupełnie niepotrzebnie. Ostatecznie dolatuję ok. 400 metrów nad metą.

Tego dnia jestem 12-ty. Zawody z kolei - jako 9-ty w klasyfikacji generalnej i pierwszy w klasie Sport. Cure po raz kolejny spisał się świetnie i był bezkonkurencyjny w swojej klasie.

PICT 20170502 194524 1

 

Chciałbym na tych zawodach latać już na Divie, ale jeszcze chwilę muszę na to skrzydło poczekać... no ale i tak narzekać nie mogę.

Jestem znów w Słowenii... właśnie pada deszcz, więc postanowiłem nadrobić nieco zaległości.

Paragliding Winter Cup

Jakiś czas temu... w tym roku rzecz jasna, konkretniej w marcu, brałem udział w zawodach Paragliding Winter Cup. Do tej pory nie wybierałem się na zawody o takiej porze roku, tym bardziej, że zazwyczaj pogoda jest kapryśna. Tym razem się udało i mieliśmy w terminie rezerwowym (przesuniętym o tydzień) 4 lotne konkurencje. Poszło mi w kratkę. Na 4 konkurencje, 2 poszły mi źle. Za bardzo się spiąłem w pierwszej. Latanie po dłuższej przerwie i szukanie swojego rytmu. Bardzo dobrze poszło mi za to w epickiej konkurencji, gdzie z Lijaka robiliśmy przelot do doliny Soczy. Konkurencja marzenie. Następna konkurencja również przez płaskowyż, niestety padłem z czołówką na 10 km, a też ciekawy lot się zapowiadał. Ostatniej konkurencji nawet za bardzo nie pamiętam. W każdym razie jak na początek sezonu - dobra rozgrzewka (mimo przejmującego zimna).

Soča Valley Open

Od paru dni jestem na zawodach w dolinie Soczy. Pogoda zmusiła organizatora do przesunięcia rozpoczęcia zawodów. Przez długi czas porządnie tu lało. Stan wody w Soczy wysoki i kolor nie taki do jakiego przywykłem - była mętno-mleczna od niesionego pyłu wapiennego. Po drodze, w południowych Niemczech i na przełęczy Predil - śnieg. Dojazd trwał dłużej niż zwykle, ale udało się rozłożyć namioty w miarę sprawnie i koło północy iść spać.

Dzień pierwszy - Lijak. Podobnie jak na Winter Cup - jestem w gronie rozkładających konkurencje. Prognoza wskazuje, że trasa nie może być zbyt długa. Bora. Okolice Ajdovšciny wyłączone z użycia, tak więc układamy z Manuelem i Adele konkurencję w najbliższej okolicy. Ciekawy task, nie za trudny, ale jak każdy - wymaga odpowiedniej pogody. Ta płata nam psikusa. Jak tylko słońce zaczyna mocniej grzać, chmury zamykają niebo. Duże opady deszczu w poprzednich dniach zostawiły sporo wody w okolicy. Były spore wątpliwości czy ta konkurencja w ogóle ruszy. Ostatecznie Meet Director - Gasper decyduje, że tak. Startujemy w małym oknie, gdzie słońce operowało na przedpolu, a niebo się nieco otworzyło. Metę ostatecznie zrobiło tylko 7 osób, wszyscy z nich (oprócz jednego) wystartowali od razu po otwarciu okna i udało im się zrobić sufit. Jeden wystartował na krótko przed zamknięciem okna startowego. Zdecydowana większość - zdaje się że 60 osób (w tym i ja) nie miała nawet szansy zrobić minimalnego dystansu 7 km. Konkurencja za maksymalnie 255 pkt. 

Następny dzień - Kobala. Prognoza mówi o wietrze ze wschodu. Rozkładamy trasę z uwzględnieniem tego faktu. 50- czy 60-kilka km. Początek ok 2km na wschód do cylindra startowego, później trochę latania przed Zmarzłym, dalej na zachód i meta w Kobaridzie. rzeczywistość pokazuje, że wiatr jest bardzo silny i z tego powodu konkurencja zostaje przerwana zanim jeszcze wyścig ruszył. Większość pilotów dowiaduje się o tym jeszcze na ziemi. Sam odpalam, latam godzinę i ląduję na Kobali by ostrzec kolegów, którzy w zawodach udziału nie biorą. Miałem nadzieję, że zjachali na dół, ale okazuje się, że jednak wystartowali i polatali. Jeden z nich nawet paczką musiał się ratować. W każdym razie - znowu odpaliłem z Kobali i do Zmarzłego i na Camp Gabrje.

Dziś prognozy już normalne. Kierunki wiatru południowe. Układamy trasę 64,7 km. Początek duży cylinder z kilkoma opcjami - albo wysokie góry i nieco dłuższa droga, alno z Kobalja Glava na Zmarzłego. Większość wybiera opcje nr 2. Kuba, który wystartował pierwszy - mając sporo czasu do rozpoczęcia wyścigu zdecdował się sprawdzić wysokie góry, ale mu to nie wypłaciło i zlądował nie zaliczając nawet cylindra startowego. Ja podjąłem wcześniej decyzję, że lecę krótszą drogą - Kobalja Glava - Zmarzły. Robię to mocno w czubie. Lecę swoje. Ze Zmarzłego trzeba zaliczyć Cycki ze sporym bo 3 km cylindrem, który opiera się o Trójkąt. Część ludzi, która dopadła mnie na Zmarzłym idzie na Trójkąt, za wybieram lot bliżej optymalnego punktu stycznego i wychodzę na tym najlepiej. Następny punkt - na południu - zaliczam jako drugi. Kusi, by przeskoczyć na te południowe stoki, ale wysokości nieco brakuje, więc powrót na Zmarzłego, bo trzeba wysokość odrobić i zaliczyć Most na Soczy z 3 km cylindrem. Potem znowu Zmarzły, podkręcam tylko gdzieś do około 1800 i sam uderzam  przez masyw Krna. Bez kręcenia robię ponad 2200 m i lecę na masyw Polovnika, przeganiając resztę, która leciała z Trójkąta. Po drodze atrakcje, m.in. w postaci fronta na pełnym speedzie. Jestem pierwszy na następnym punkcie i powrót na początek Polovnika. Trafiłem w słabą fazę i tam dopada mnie reszta. Część idzie dalej w stronę Krna, nie mogąc się szybko wykręcić. Ja zostaję i kręcę. Dołączył do mnie Mario i w bardzo mocnym noszeniu wchodzę na ponad 2000 metrów. Dalej na masyw Krna - jego zachodnią część. Mario idzie oczywiście na swoim Enzo 2 szybciej, ale ja wbijam się tak w zbocze, że nie muszę kręcić i jadę w stronę Krna w mocnej windzie. Mijam Krna i dalej wysokimi górami na Zmarzłego. Tam podkręcam przed ostatnim punktem - T02, którego cylinder wypada w niewielkiej odległości od Mostu na Soczy. C-Pilot pokazuje niedolot do mety, więc podkręcam trochę i daję się odstawić m.in. Sławkowi. W drodze mam ze 30 m na plus, lecz zaraz zrobiło się z tego 300 m na minus. 400 metrów od ostatniego cylindra zaliczam ostatnie noszenie dnia. Przez chwilę było chyba nawet dobrze ponad 2 m/s, ale presja dolatujących kolejnych zawodników dopinguje mnie do zaliczenia  cylindra. Na tym wyprzedził mnie Mario. Zaliczam cylinder, a tu niespodzianka, teraz C-Pilot pokazuje, że będę ponad 200 m na metą. Pełna bela i zaliczyć End-of-Speed i metę. Na mecie melduję się 6-ty, a dzięki punktom za prowadzenie - ostatecznie wskakuję na 4-tą pozycję. Dodatkowa satysfakcja jest taka, że udało się nam ułożyć konkurencję w sam raz dopasowaną do warunków meteo i w pełni wykorzystać potencjał dnia.

Jutro najprawdopodobniej znowu Lijak. Jak pisałem na wstępie właśnie pada, a i jutro przelotnie również w Dolinie Soczy popadać może...

Od razu na wstepie uprzedzam - będzie długo. Nie jestem w stanie zrobić z tego krótkiej relacji. Ale może ktoś z tego coś dla siebie wyciągnie i będzie w zawodach lepiej latał. 

Ubiegły rok w aspekcie paralotniowym nie był dla mnie łaskawy. Udało mi się pojechać jedynie na jedne zawody – do Feltre, a i tam się rozchorowałem. Ulubionej Słowenii nie udało mi się nawet odwiedzić, by polatać kilka dni jakieś XC.

W tym roku za nim pojawił się termin Mistrzostw Polski, zdążyłem zarejestrować się i opłacić British Open w Gemonie. Niedługo po tym podano oficjalny termin i miejsce MP. Nie pozostało nic innego jak jechać na 2 tygodnie, bo zawody wypadały jedne po drugich. Polskie były wcześniej. Brytjskie właśnie „trwają” (o ile w ogóle jakąś konkurencję uda się tam rozegrać – prognozy są fatalne).

No ale po kolei – na dwutygoniowy wyjazd zdecydował się Carlos, z którym wyruszyliśmy w piątek około południa – jak udało się pozałatwiać wszystkie sprawy … jak chociażby trywialna wymiana oleju i filtrów w samochodzie. Na miejsce dotarliśmy około 3 w nocy. Wcześniej dojechał tam Waldek i Doktor. Rozbili swe namioty w idealnym miejscu, zostawili także dla nas nieco miejsca, więc tym razem naprawdę w bardzo fajnym miejscu udało się rozbić namioty. Rano z przyjemnością skonstatowałem, że od mojego ostatniego pobytu na Campie Gabrje – dużo zmieniło się na plus. Z całą odpowiedzialnością stwierdzam, że w okolicach Kobaridu i Tolminu nie ma lepszego miejsca dla paralotniarzy. W każdym razie – do meritum – plan by dojechać na sobotę, wynikał z kilku kwesti. Po pierwsze – w sobotę była rejestracja, a w niedzielę planowana była pierwsza konkurencja, po drugie – miałem do oblatania nowe skrzydło BGD CURE (EN C), z którym jedyną wcześniejszą szansę na zapoznanie się miałem tylko na lotnisku podczas zabawy na ziemi. Dzień ten był także nam potrzebny, by się trochę wlatać. W sumie spędziłem w powietrzu jakieś 5 godzin i powolne 125 km przelotu. Polatałem z Carlosem, pociągałem go za sobą, narzucałem tempo, pokazałem mu kilka myków. Carlos zrobił też ponad 100 km. Dzień pozwolił mi także na to, by sprawdzić na ile zmienić ustawienia sterówek i speed'a, a także ustawić elektronikę we właściwy sposób.

Następnego dnia – pierwszy briefing. Zgłaszam się do Task Committee. Miejsce znam bardzo dobrze, już mi się zdarzało pracować przy rozkładaniu konkurencji. Łącznie było nas 4 pilotów – Słoweniec – Dusan Oroz, Węgier – Peter Simonics, Michał „Spajk” Gierlach no i ja. Pracowało się nam nieźle. Najczęściej udało się dosyć sprawnie rozłożyć trasę.

 

Pierwsza konkurencja 22.05.– blisko 73 km do oblecenia. Miało nie być za łatwo – sporo odlatywania na południe, ale cylindry raczej spore. Start z Kobali, Dreżnickie Ravne jako pierwszy punkt zwrotny, następnie na południe – Matajur ze sporym cylindrem sięgającym połowy doliny, następnie szczyt Kobalja Glava, potem południowy zachód w okolicach wsi Volce, Kobarid Kostnica, okolice Mostu na Soci i meta na Campingu. Okazało się, że wszystko tak pracowało, że nie było większych problemów z obleceniem trasy. Na mecie zameldowało się ok. 90 pilotów. Sam podszedłem dosyć ostrożnie do konkurencji. Zależało mi na tym, by ją oblecieć. Start zrobiłem bardzo dobrze i jako drugi pilot zameldowałem się na Zmarzłym, który był po drodze na pierwszy punkt zwrotny. Ogólnie okazało się, że CURE nie ma większych problemów by dotrzymać kroku lepszym konstrukcjom. Doleciałem na metę pierwszy w Sporcie i drugi w Serialu – zaraz po Chrząszczu na 777 King. Różnica punktów niewielka, różnica czasu także 26 sekund. Ja dostałem nieco więcej punktów za prowadzenie, ale pod koniec udało mi się nieco zniwelować stratę czasową do Chrząszcza. Na mecie byłem około 15 minut po pierwszym. CURE na pełnej beli po prostu zap.... leci szybko i nie topi za dużo. Pierwsze wrażenia są takie, jak bym na swoim ulubionym Codenie latał, z tą różnicą, że może minimalnie wolniej. Za to w krążeniu Cure wypada nieco lepiej, nie opóźnia tak zakrętu jak CODEN, jest bardziej bezpośredni. Muszę wspomnieć, że bardzo pozytywnie zaskoczył mnie też Carlos, który na mecie zameldował się 5 minut za mną i po pierwszej konkurencji był drugi w Spocie. Nauka dnia poprzedniego nie poszła w las... Nad metę – dolatuję sporo za wysoko – okazało się, że zapomniałem przestawić biegunową w C-Pilocie i liczył trasę dla jakiejś zupełnej domyśnie ustawionej dryndy.

Następne dwa dni nie były lotne, ale organizator zapewnił nam rozrwyki. Można było za rozsądne pieniądze spłynąć kajakiem po Soczy, a dzień później wybrać się do jaskini Dantego. Ja wybrałem tylko tą pierwszą opcję. Fajnie było... skąpałem się tylko trzy – czy cztery razy. Pozostały czas wykorzystany na pracę, która mnie na miejscu dopadła – tak więc na nudę nie było czasu.

 

W środę 25.05. pogoda dopisuje, jedziemy na górę. Prognoza mówi lekko uciążliwym zachodnim wietrze, ale mimo to rozkładamy punkty w pobliżu Stola. Trasa do oblecenia to łącznie ok. 64 km. Start to bardzo duży cylinder wokół Staro Selo, tak że kończył się może ze 2 km od startowiska. Dawał dużo możliwości by się ustawić w różnych miejscach. Start znowu robię bardzo dobrze – w samym czubie. Następny punkt jest ten sam, tyle, że z małym cylindrem – 400 m. Niesetety – przez swój błąd, przy odblokowywaniu ekranu C-Pilota – przełączyłem sobie na następny punkt, a drugie urządzenie – Skytraxx'a 2.0 Plus zignorowałem. Leciałem prosto na drugi cylinder – Podbela. Start – Zmarzły, Trójkąt, masyw Stola. Wiatr na Stolu nas nieźle przyblokował. Przestałem się pchać na zachód i zawróciłem by wyjechać tam, gdzie wydawało mi się, że będzie to możliwe – na początku Stola. Trochę to trwało i wykręciłem się dopiero jak do Stola doleciał na BASE mój brat Maciej, niektórzy piloci zrezygnowali z walki, niektórzy pocisnęli dalej na zachód i popadali. Nielicznym udało się wyjechać. Jak już wgrzebałem się na grań – było łatwiej. O swoim błędzie z punktami oczywiście cały czas nie wiedziałem. Podbela zaliczona, potem punkt lekko na południe od Kobaridu. Potem jadę na Trójkąt – robię trochę wysokości, zaliczam Most Pesona (obecna nazwa Mostu Volarje), Zmarzły – tu więcej wysokości i jazda na południe zaliczyć spory cylinder pomiędzy Cignij i Volce. Można było zrobić to także od startowiska, ale to dużo dłuższa droga była i mało kto się na to zdecydował. Potem zostaje zaliczyć duży cylinder na północnym zachodzie – znowu kilka dróg, dłuższa pewniejsza wysokimi górami, bo cylinder kończył się zaraz koło Krna i krótsza doliną lub Trójkątem. Ja wybieram ten ostatni. Zostaje jeszcze zdaje się Livek z dużym cylindrem – przecinającym dolinę oraz meta – tym razem oficjalne lądowisko robi za metę, ale cylindry są tak dobrane, by można było wylądować na Campingu. Pod wieczór przekonuję się, że dałem ciała z jednym punktem. Rozpaczy nie było. Zdarza się. Absolutnie moja wina. Lot nie poszedł na marne, bo znowu dowiedziałem się czegoś o swoim nowym skrzydle, a do tego sprawdziłem ustawioną na nowo krzywą biegunową i przekonałem się, że dobrałem odpowiednie wartości.

<

 

Trzecią konkurencję przyszło nam rozgrywać na Lijaku. Ponoć w dolinie Soczy był zakit i opad. Mam z nim ciągle rachunki do wyrównania – za German Open 2013, gdzie po dwóch wygranych konkurencjach – pogrzebałem swoje szanse na podium. Nauka nie poszła w las. W każdym razie – sami dojeżdżamy na lądowisko, z tego miejca organizator busami wwozi nas na górę. Na miejscu prawie od razu zabieramy się z Peterem do układania konkurencji. Michał i Dusan dołączają chwilę później. Zagadką pozostaje, które prognozy będą poprawne i czy płaskie będzie dziś działać. Kilka punktów na płaskim – w tym i cylinder startowy. Wychodzi ze 2 km na południe od startu. Początek – delikatny i nieśmiały żagiel. Potem uderzamy na płaskie. Start robię znowu idealny – wchodzę w cylinder może 1 sekundę po otwarciu. Następnie trzeba lecieć na ESE – płaskie ciągle działa. Powrót na górkę i jazda na WNW nieco na płaskowyż. Po drodze znajduję wraz z innymi noszenie i sprawnie się wykręcam. Dobra linia zabiera mnie na dobrej wysokości na punkt. Powrót nad startowisko i dalej po zboczu na punkt w pobliżu pierwszego po starcie. Dalej pod Chaven, gdzie było raczej mało ciekawie (zachodzni wiart zatrzymywał mocno) i znowu na płaskie – nad Ajdovscinę. Płaskim lecę w stronę Nanosa. Zaliczam punkt piąty i tym razem lecę na masyw Kovka. Na jego końcu przebiega granica dużego cylindra kolejnego punktu zwrotnego. Czołówka w zasięgu wzroku. Oni wlatują nieco głębiej, ja skracam drogę i znowu na płaskie. C-Pilot pokazuje ciągle niedolot do mety, a przed nią trzeba zaliczyć jeszcze jeden punkt pod masywem Nanosa i pod wiatr polecieć na metę. Nie śpieszę się zanadto. Żeglarz i Chrząszczu są przede mną. Wychodzę z założenia, że lepiej dolecieć parę sekund później, ale na pewno, niż zaliczyć bomb-out'a przed samą metą – tym bardziej, że jeszcze pewien ustawień w moim GPS'ie nie jestem., a tażke z powodu wpadki z poprzedniego dnia. Miałem dobrą linię, płaskie podbijało. Jak C-Pilot pokazał mi potrzebną doskonałość do mety rzędu 8, to swierdziłem, że pod wiatr na pełnej beli powinno wystarczyć. Doleciałem jakieś 115 m nad ziemią. Bezpieczny i nie za duży zapas wysokości. Wszystko zadziałało jak trzeba, choć zaraz po wystartowaniu i przekonaniu się o wyjątkowo niskich podstawach – zdaje się że jakieś 1300 metrów, miałem wątpliwości, czy ten task jest do oblecenia. Na mecie zameldowało się 29 pilotów. Ja jakieś 5 minut po pierwszym. Zdobywam najlepsze punkty na zawodach. Potem powrót busem na lądowisko pod Lijakiem, by po jakimś czasie wziąć swoje auto, by zgarnąć kilka osób z Ajdovsciny. Czekaliśmy na Carlosa, by pojechać do Ozeljana na jedzenie.

 

Ostatni dzień zawodów zapowiadał się przyzwoicie. Nieco spóźniony wjeżdżam na start. Chłopaki przygotowali wstępnie swoją propozycję na pierwszą część wyścigu. Drobne zmiany zasugerowane przez Karolinę i Adele, a także Petera skróciły konkurencję. Osobiście również optowałem za tym. Było jasne kto wygrał zawody i przy zastosowanej formule discarda FTV 25% jedna na 4 konkurencje całkowicie zostawała wykreślona. W czołówce nic to nie zmieniało. W każdym razie początek sekcji czasowej to 5 km cylinder wokół Camp Gabrje. Przed startem rozważałem, czy nie rzucić się w wysokie góry i z tego miejsca nie zaatakować startu i pierwszego punktu, ale dopiero rozmowa z chłopakami z drużyny, której byłem częścią – XC Junkies, przekonała mnie, że muszę jak najszybciej wystartować i lecieć na Zmarzłego, a potem w wysokie góry. Na podobny pomysł wpadł też Kuba Sto oraz Bubuś. Sławek Żydek, Peter Simonics i dwóch innych węgrów, poleciało na zachód i zaatakowało z wiatrem z Trójkąta. Ja z chłopakami przeleciałem nad Zmarzłym, zaliczyłem punkt i nadal miałem sporą przewagę wysokości. Wykorzystałem to do kontrolowania sytuacji. Znowu musiałem dolecieć. Cała reszta leciała ze wschodu. Świetny widok, jak do startu leci się z różnych kierunków, a jeszcze lepszy, jak jest się nad wszystkimi. Po starcie punktem był też Camping i byłem nad nim najwyżej. Trochę turbulentny był dolot nad Zmarzłym, ale dało się przebić. Wróciłem na Mrzli Vrh, a potem w wysokie góry. Przede mną – nisko poleciał Dusan Oroz. Ja na spokojnie. Nadal byłem na przyzwoitej pozycji. Po wysokich górach, pod Krna, a poterm pod chmurami na Polovnika i następny punkt zwrotny leżący w dolinie, mniej więcej w połowie jego długości. Potem powrót na początek Polovnika, Cycki i cylinder trzeciego punktu zwrotnego przecinający dolinę. Następnie znowu podparcie się o Zmarzłego i lot nad Tolminem w okolice Mostu na Soczy do następnego punktu zwrotnego. Dobra linia i pół belki zrobiło swoje – wysokość została bardzo komfortowa, by zaliczyć punkt nad stadionem w Tolminie i skoczyć na Zmarzłego. Wielu z rozpędu zapomniało o tym punkcie i musieli później wracać. Na Zmarzłym wysokość, potem podbicie się na Trójkącie, punkt przed Kobaridem i meta. Rzuciłem się znowu mając wysokość na minusie, ale dolina pracowała pięknie, więc problemu nie było. Z resztą – zawsze można było podeprzeć się znowu o Zmarzłego. Na mecie melduję się przed Chrząszczem i Żeglarzem i resztą mogących zagrozić mojej pozycji pilotów. Co prawda nie lądowałem od razu, a wygrzebałem się z parteru i poleciałem jeszcze raz na trójkąt – szukając brata, tak więc dodatkowa godzinka zdaje się pykła. Czas miałem przyzwoity, punkty także.

 

Ostatecznie udało mi się wygrać klasę SPORT, wygrać SERIAL i zostać Paralotniowym Mistrzem Polski w klasie Sport. Bardzo satysfacjonujące. Bardzo udany powrót po prawie roku nielatania w zawodach, bardzo udana premiera nowego skrzydła klasy SPORT – CURE od Bruce Goldsmith Design. Lepiej nie mogło być. To skrzydło jest magiczne. W klasyfikacji generalnej zawodów kończę na 16 pozycji. Wśród Polaków jestem 7-my. I to wsztstko latając na skrzdle segmentu C. Hurtowo zgarnąlem nagrody. Sponsorzy wyjątkowo chojni. Mistrzostwa Polski są coraz lepsze. Poziom polskich Pilotów również zauważalnie rośnie, ale to obserwuję od lat. Nie znam lepiej zorganizowanych zawodów.

W zeszłym tygodniu udało mi się wybrać do Włoch na 2015 Italian Paragliding Open - Pre World Cup - XXXII Guarnieri International Trophy do Feltre. 

Niestety - na jakieś 400 km do celu, zaczęła się u mnie dosyć szybka infecja gardła, która skutecznie utrudniała mi życie przez okres zawodów, tym bardziej, że później doszła do tego podniesiona temperatura, katar, a na sam koniec kaszel. W zasadzie to dopiero teraz dochodzę do siebie. 

W każdym razie, jak już przejechałem taki kawał drogi, to latać jednak chciałem, mimo, ze pary we mnie nie było za wiele. Zawsze chciałem to miejsce dodać do mapy odwiedzonych przeze mnie, a zawody jak zawsze to najlepsza okazja. 

Jak będzie chwila, to postaram się napisać coś więcej o tym lataniu w trakcie zawodów. Póki co muszą wystarczyć wam zdjęcia.

Wczoraj spektakularna gleba zaraz po drugim punkcie, a dziś meta - jako ostani, ale zawsze to coś. Mogło być gorzej, bo dwa razy słońce było cirrusem zasłonięte i trzeba było ten kryzys przetwrać. No problemy inne po drodze były, bo kolejny kryzys na "diable", gdzie przedostałem się na nawietrzną stronę z zapasem może 10 metrów nad grań. Obok mnie był Chrigel Maurer, on coś tam znalazł, a ja niestety miotałem się jak ryba w sieci. Ostatecznie wykręciłem się, ale czasu straciłem co niemiara. Ogólnie cały czas starałem się mieć wysokość. Dolot do mety - zacząłem mając na minusie jakieś 700m, więc leciałem po doskonałości, a jak pokazało mi około 7,5 to pozwoliłem sobie wcisnąć belę do oporu. Krzywa biegunowa do małej poprawki, choć może teraz ruszać już nie będę. Lepiej mieć ten zapas.

Zdjęcia zrobiłem tylko przed startem - z telefonu niestety.